piątek, 24 marca 2017

Piotr Kosswski - "Tygiel"



Pamiętacie jeszcze moją styczniową #półeczkę? Tygiel jest ostatnią pozycją z tego stosiku, o której Wam co nieco opowiem.

Przyznam szczerze - nie mam zamiaru się zbytnio rozpisywać, ponieważ książka zawiodła mnie  po całości - a wiadomo, że literaturę podróżniczą łykam jak młody pelikan - lepszą, gorszą, tragiczną. Co więc tym razem poszło nie tak?


Trzymajcie się mocno i pamiętajcie - to co za chwilę przeczytacie to subiektywna opinia i moje odczucia po lekturze. Jak zwykle zachęcam, abyście sami sięgnęli po Tygiel, bo wiadomo - ile głów, tyle opinii. 



Tygiel to książka napisana z jajem, przez człowieka, który sprawia wrażenie stereotypowego samca alfa (raczej tego z dowcipów niż prawdziwego życia). Piotr Kossowski potrafi zjednać sobie przyjaciół w dosłownie każdym miejscu na ziemi - od tropikalnej dżungli, przez podejrzane speluny, aż po więzienie w Nikaragui. Jak to zwykle bywa, taka rozrywana dusza towarzystwa swoją osobą mogłaby uszczęśliwić cały pensjonat i jeszcze z pięć sąsiednich w okolicy, jednak autor swoich kompanów dobiera niczym Rijana czy też inny Drejk (ma być wystrzałowo, alkohol powinien lać się strumieniami, seksowne Brazylijki mogą podrygiwać wokół w rytm gorących bitów, a nudziarze nawet nie mają co patrzeć w jego stronę). W książce towarzyszymy autorowi w podróżach do i po Ameryce Centralnej i Południowej, Afryce Południowej i Azji Południowo-Wschodniej. Piotr Kossowski to prawdziwy twardziel, nie boi się nikogo i niczego, a cięty język, rozeznanie w terenie, miejscowym folklorze i wrodzony spryt sprawiają, że biali turyści z Europy i Ameryki lgną do niego jak muchy do... dżemu? Być może pragną uszczknąć tego blasku świętości (być może szukają jelenia z którym za friko pozwiedzają okolicę).

poniedziałek, 6 marca 2017

Jessie Burton - "Muza" #unpopularopinion




O nie! Znowu opuściłam się w blogowaniu. Na swoją obronę mam to, że jak zwykle wciągnęła mnie czarna dziura seriali (tym razem w postaci Teen Wolf - i tak, wiem, dla mnie powinno powstać raczej coś w rodzaju Senior Wolf, ale nie czuję się winna). 

Co więcej - przyznaję to z bolącym serduszkiem, ale Muza nieco mnie wynudziła i przytępiła moje czytelnicze zmysły. No bo jak nie smutać w kąciku, kiedy wszyscy blogerzy książkowi pieją z zachwytu nad Jessie Burton i zapewniają, że Muzę każdy miłośnik sztuki i bohemy artystycznej pokocha na zabój? A ja ledwie ją wymęczyłam i szybko o niej zapomniałam. A przecież sztuka to dla mnie jedna z najwyższych wartości

Jeśli chodzi o samo wydanie, to już chciałam pisać o tym, jaki to Wydawnictwo Literackie wykonało kawał dobrej roboty. O tym, że coraz częściej na polskim poletku wydawniczym pojawiają się okładkowe cudeńka, jednak do Stanów czy naszych "Wyspiarzy" jeszcze ciągle sporo nam brakuje. I o tym, że okładka Muzy to milowy krok na przód, jednak... projekt okładki powstał na podstawie oryginału autorstwa Roberta Kleemanna (to ten Pan od nowej okładki Wodnikowego Wzgórza!). Po prostu. Powiem więc tylko - Wydawnictwo Literackie dobrze zrobiło, stawiając na oryginalną okładkę. Tak czy owak - dobra robota! 

Translate