poniedziałek, 19 grudnia 2016

"Inferno" - najwiekszy zawód 2016?

Rok 2016 obfitował w mocne pozycje na liście kinowych premier. Co prawda nie wszystkie z mojej listy "must see" obejrzałam, ale chyba nie przesadzę, jeśli już dziś wybiorę film który dla mnie okazał się zupełnym nieporozumieniem. Wiele tegorocznych premier o z góry założonej mocnej pozycji nie spełniło moich oczekiwań - chociaż nie jestem super-wytrawnym kinomanem i od Iluzji 2 oczekiwałam tylko super rozrywki, od Warcraft: Początek świetnego CGI, a wszelkie marvelowskie produkcje miały mnie jedynie zaskoczyć nieco bardziej niż poprzednie. Również Inferno podciągnęłam do kategorii "rozrywka", ponieważ jak mogliście przeczytać w jednym z wcześniejszych wpisów - nie oszalałam na punkcie nowej pozycji Dana Browna i od ekranizacji nie oczekiwałam niczego ponad to, co dostarczyła mi książka.

 
UWAGA - wpis może zawierać delikatne spoilery. Jeśli mimo wszystko chcesz obejrzeć Inferno - czytasz na własną odpowiedzialność.


Nie ukrywam, że na premierę filmu czekałam z lekką dozą ekscytacji. Nie ma co tu kryć - książka Browna nie jest wybitnym arcydziełem i na pewno nigdy do tego miana nie aspirowała, ale ciągle spełnia swoje podstawowe zadania literatury popularnej - przynosi rozrywkę i chwilowe oderwanie od codzienności. Dziś dostrzegam, że w recenzji Inferna mocno zaniżyłam jego rzeczywistą wartość, a owa refleksja nasunęła mi się właśnie po obejrzeniu filmu.
W porównaniu z niesamowicie byle jakim, infantylnym i przeraźliwie nudnym filmem, książka jest bardzo ekscytująca i trzymająca w napięciu. Ale po kolei.

1. Bohaterowie 
 Co tu właściwie zaszło? Jedynie Irrfan Khan w roli Zarządcy, czyli Harrego Simsa był wystarczająco przekonujący w swojej roli. Ach, co ja mówię, był genialny, ta rola pasowała do niego jak szyty na miarę garnitur Hugo Bossa! No i oczywiście Robert Langdon, który po prostu był Tomem Hanksem, a Tom Hanks był po prostu Langdonem. Taki jest porządek wszechświata, deal with it. Jeśli chodzi o role mniej udane, to cóż - wszystkie pozostałe. Największym rozczarowaniem dla mnie okazała się postać Elizabeth Sinskey - chociaż Sidse Knudsen jest niewątpliwie przepiękną kobietą, wciąż nie jest jednak TĄ doktor Sinskey, którą widzieliśmy oczyma wyobraźni. Gra aktorki oczywiście nie zawodzi, ale przecież jej książkowa wersja przywodziła na myśl bardziej bajkową księżniczkę Atlantydy niż dyrektor WHO. Przypomnę, że miała długie srebrzystoszare włosy i nosiła charakterystyczny naszyjnik z lazurytem. Podobnie rzecz ma się z doborem aktorów dla roli Sienny Brooks, Christopha Boucharda, a przede wszystkim charakterystycznej Vayenthy - nie tak opisywał ich (przecież bardzo szczegółowo) Dan Brown.


2. Fabuła
Mój krzyk rozczarowania słyszała nawet załoga Międzynarodowej Stacji Kosmicznej na orbicie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Do dziś nie rozumiem, jak można było zmienić fabułę w kluczowych jej momentach. Jest prowadzona tak nierówno, iż w pewnym momencie złapałam się na tym, że siedzę przed ekranem z zażenowaniem i czekam, aż to wszystko się skończy. Wiem o czym pomyślicie, ale Inferno nie było jednym z tych filmów które chciałabym przewijać. Przyjęłam je więc z całą jego żenuncją i dziecinną prostotą. Raz śledzimy akcję wydarzeń z zupełnym znudzeniem - mhm, teraz pobiegną na poddasze, mhm, teraz będzie strzelanina, a teraz ktoś zaliczy tragiczny w skutkach lot przez sufit - by po chwili złapać się za głowę z myślą co tu się do cholery dzieje??? To zupełnie nie tak ma być! No cóż, tak źle, tak niedobrze.


3. Zakończenie
Największym rozczarowaniem jest zakończenie - to książkowe przyprawia o dreszczyk emocji, ba - w porównaniu z filmowym wbija w fotel. Każdy kto w dzieciństwie był raczej Team Kojot niż Team Struś Pędziwiatr, doceni to co zrobił Dan Brown. Film niestety rządzi się swoimi prawami i zamiast jakby nie było zaskakującego finału, serwuje nam rozmemłaną papkę z happy-endem. Dostajemy po prostu gotowy obraz z serii: patrz i zapomnij.


Podsumowując - całą akcję w filmie skradł superbohater Langdon, podczas gdy wątek genialnego naukowca-miliardera z słusznym planem ratowania Ziemi znika gdzieś wśród pościgów i mrocznych halucynacji Profesora. Każdy kto przeczytał Inferno chyba przyzna, że supervillain Bertrand Zobrist był postacią, do której można było poczuć nić sympatii. Pomimo tego, że zazwyczaj kibicujemy tym "dobrym", plan Zobrista na ratowanie Ziemi był przedstawiony w bardzo przekonujący sposób. Przekonujący na tyle - że zaczynamy wierzyć w słuszność jego przekonań, zawieramy cichy czytelniczy sojusz z książkowym antybohaterem i w najmroczniejszej głębi umysłu po raz pierwszy liczymy na porażkę Roberta Langdona. Film został odarty z wszystkich tych elementów, które pozostawiały odbiorcy pole do wyboru, do opowiedzenia się po której ze stron jesteśmy. Film nie daje nawet sposobności na zrozumienie tego, o co właściwie chodzi. Dla tych, którzy książki nie czytali, fabuła filmu może wydać się chyba najbardziej irracjonalna spośród wszystkich przygód Langdona. A przecież jest zupełnie odwrotnie. 

Kończąc już ten przydługi wpis - trudno zachęcić kogokolwiek do obejrzenia Inferna, za to gorliwiej niż ostatnio namawiam Was kochani do przeczytania książki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz!

Translate