niedziela, 27 kwietnia 2014

8 minut do armagedonu, czyli #niedziela 6



Kochani, spójrzcie jaki u mnie widok za oknem:




Uwielbiam burze i zapach ozonu, niczym klasyk zapach napalmu o poranku, ale taki mały armagedon wiąże się z odłączeniem mnie od elektryczności. Wtedy nie tylko mózg powtarza "patrz w okno, nie zajmuj się niczym innym, patrz w okno", to na dodatek oczy strajkują: "bo ciemno, bo się zmęczyły i przy świeczce to one pracować nie będą". Tak to mniej więcej wygląda.

Mam potrzebę fotografowania WSZYSTKIEGO, a różowe błyskawice przeszywające zachmurzone niebo zdecydowanie się do tego zaliczają. Cóż z tego, skoro od dziecka powtarzają, że urządzenia elektryczne "przyciągają" błyskawice i mogę zostać potelepana przez zeusową zabawkę. Może i coś w tym jest, a może to tak jak z wodnikami wciągającymi w zatęchłą wodę jeziora. Poszukam informacji, koniecznie.

Kiedy jeszcze pogoda zachowywała się jak na grzeczną panienkę przystało, przemaszerowałam spory kawał lasu w poszukiwaniu konwalii. Stęskniłam się za ich zapachem... ale nie ma. Są za to takie skarby:




Mamy niebywałe szczęście, że jesteśmy ludźmi. Ten żuczek na pewno nie zdaje sobie sprawy ze swojej urody - bo czy się boisz robaczków, czy nie - przyznać trzeba, że niebieski outfit jest obłędny. Tyle ł a d n o ś c i czai się dookoła, trzeba tylko się rozglądać - szkoda, że tak często o tym zapominam. A Wy pamiętacie o tym, żeby cieszyć się każdą chwilą?


~~  *  ~~

Dobrze, armagedon właśnie się rozpoczął, ale zanim pobiegnę jak to babcia uczyła - powyciągać wszystkie wtyczki i pozamykać okna - zapraszam Was na blog Remigiusza Mroza, autora mojego ulubionego Parabellum. Wpis o polskich lekturach i kurs pisania to teksty, które ostatnio rozbawiły mnie do łez - warto poczytać! 


Check this out, a jak ktoś lubi w ponglisz, to czekierałt.

 
blog.remigiuszmroz.pl




Pozdrawiam i zostawiam Was z przecudnej urody utworem:








sobota, 26 kwietnia 2014

Stephen King - "Nocna zmiana"




Stephen King, Nocna zmiana;
Prószyński i S-ka,



Twórczość Kinga nie działa na moja wyobraźnię tak jak dawniej. Albo się starzeję (sic!), albo te wszystkie obrzydliwości i maszkary, które stworzyć może tylko dwóch "mistrzów horroru" - King i Mastertoon - przestały mnie odrzucać (sic! x2). Liczę na wariant pierwszy, bo drugi kwalifikuje mnie na kozetkę w gabinecie psychologa i długą pogawędkę z panami w białych kitlach.


W ostatnim depresyjnym "słowie na niedzielę" dowiedzieliście się, że chcę wierzyć. Dziś powiem, że chcę się bać. I że chcę bać się tego, czego boja się wszyscy inni.
Szczurów, wampirów, obcych, Śmierci, śmierci, tego że niczego po niej nie ma. Ekstremalny optymizm miesza mi się ciągle z ponurym pesymizmem, a boję się głównie o siebie i rzeczy tak przyziemne, że aż boli. O przyszłość i o to, że nie zdążę. Nie zdążę się nacieszyć tym pięknym i obrzydliwym wszystkim, tym urodzajem natury, sztuki, techniki, ludzkości. I o nieporadność życiową się boję, bo codziennie jestem w czarnej dupie wszechświata. Mentalnie. Znowu rozgadałam się o sobie, a dziś przecież pierwsze skrzypce miał grać Stef.


Halo, proszę na scenę. 
Idzie.


*stuk, stuk, stuk, szurrr, szurrr*

- Mogłeś się chociaż ogolić.


Cześć. Witajcie. Jestem Stephen. Skoro tu jesteście to znaczy, że chcieliście się bać. Możecie pomyśleć - co ten koleś ma w głowie, pisze takie potworności, jakież upiorne myśli czają się w jego głowie...  Aj, chrzanić to. Układam takie smętne banialuki o strachu i ludzkiej psychice w przedmowie do swoich opowiadań - wystarczy, że przeczytacie te farmazony raz i macie spokój na pozostałe lektury. 
Mam tu ze sobą magnetofon National Panasonic, nówka - prosto z taśmy produkcyjnej, i będę wam puszczał z kasety cytaty z opowiadań. Żeby zasiać grozę i sprzedać książkę. No, zaczynamy.
Mamy rok 1978, Bob Dylan wypuścił singiel Baby, Stop crying, a Ałła Pugaczowa wygrywa właśnie Sopot Festival ze swoim Wsio mogut koroli. Jako, że ja też mogę wszystko, akurat wiem gdzie leży Sopot. Cicho.
Wczoraj światło dzienne ujrzał mój pierwszy zbiór opowiadań - Nocna zmiana. Naskrobałem tam dwadzieścia opowiadań, z których jedno tylko może wywołać ciarki, ale jedynie w palcach u stóp, a co słabszym najwyżej do kolan. Nie spodziewajcie się skurczów żołądka - ale czytanie przy obiedzie to taż kiepski pomysł.
Nocną zmianę zaczynamy od opowiadania Dola Jerusalem. Jak łatwo można wywnioskować z tytułu, Jerusalem owo leży w stanie Maine - lol, chyba nie myśleliście inaczej, w końcu urodziłem się w Portland. Poczytacie tu o złowieszczej wiosce, złowieszczym domu i złowieszczym tym, o czym zwykłem pisać. Nic nowego.


Niektórzy nie umierają. Niektórzy żyją w półmroku zalegającym dziedzinę pomiędzy.

Kolejne opowiadanie to Cmentarna szychta. Oczywiście możecie zasugerować się tytułem, z którego jasno wynika, że... opowiem wam o starym, zaniedbanym budynku i o tym co można znaleźć podczas sprzątania piwnicy. Złom i szczury i syf i... coś jeszcze, niby szczury... ale... sam nie wiem jak na to wpadłem - jestem mocno porąbany. Dalej mamy Nocny przypływ, myślicie że to o przypływie a to o wirusie A5. Nara. Co tam jeszcze, ach - jeden z dwóch faworytów - Jestem bramą. Czy to jest opowiadanie o zasadach konstruowania ogrodzeń stalowych? Tak! Hahaha, ale was ożartowałem - wcale nie. To historia wylotu w kosmos, eksperymentu DESA, prowadzonym przez NASA i o tym jak widzieć więcej!


Może wcale nie należymy do kosmosu?

Kolejne opowiadanie to Magiel - tak, zdradzę, że poznacie w nim historie opętanego magla. Odtańczmy kankana! Jak już przestaniecie się śmiać i upewnicie się, ze wasze żelazko się na was dziwnie nie gapi - przejdźcie dalej, do opowiadania Czarny Lud (które jest tym drugim najlepszym w zbiorze). Jak coś siedzi tam gdzie nie powinno i wyłazi kiedy nie powinno, to zawsze jest strasznie, czyż nie? Szczególnie jeśli porównamy to z zabójczym maglem... Co mamy dalej? Szarą materię. Tak, wiem, jestem obrzydliwy. Dlatego tak się rozczytujecie w moich książkach, mali hipokryci!


Ludzie powinni znajdować się na miejscu wypadku, a nie w biurze. Bo taka już jest ludzka natura - drzemiące w człowieku zwierze posiada wrodzony instynkt nakazujący mu napawać się widokiem ofiary.

Opowiadanie Pole walki jest irracjonalnie durne, omińcie je proszę, popełniłem je na wpół przytomny. Właściwie to zasnąłem na maszynie do pisania. Tak samo jak kolejne - Ciężarówki - czyli magiel w wersji na kółkach. Na prawdę boje się, ze kiedyś moje domowe sprzęty ożyją. Dlatego o tym piszę. Później poznacie historie pewnego utrudzonego życiem nauczyciela - warto przeczytać i dowiedzieć się, że Czasem wracają. Po tym dobrym opowiadaniu, czas na kolejne - równie miłe w odbiorze o wdzięcznym tytule Truskawkowa wiosna. Im dalej w las tym mniej uroczo - ale nie dla czytelnika! O czytelników to ja dbam. Ale już mi się to dbanie znudziło, więc powrócę do tematyki ożywających urządzeń rolniczych i obrzydliwych ludzi - tadaam: Kosiarz trawy. I możemy się założyć, że to ostatnie mierne opowiadanie tutaj. Serio. A jeśli o zakładach mowa, sprawdźcie moje kolejne opowiadanie - Gzyms. Nie wiem po co je napisałem, ale przygotuje was na nagły skok w przestworza, bo oto nadchodzi: Quitters, Inc., czyli rzecz o rzucaniu papierosów! Na prawdę  n i e z ł e ! 


Donatti i jego kolesie wcześniej od niego zrozumieli fakt, że miłość jest najbardziej zgubnym narkotykiem, i nie zawahali się cynicznie tego wykorzystać.

A jeśli o miłości mowa - zachwyci was opowiadanie Wiem czego ci potrzeba. Bo ja wiem czego WAM potrzeba! Następnych Dzieci kukurydzy przedstawiać na pewno nie muszę, tak samo jak kolejnego (ale z innych powodów) Ostatniego szczebla w drabinie, który jest tylko chwilową wartością spadkową, bo zaraz wracamy na podium z Człowiekiem, który kochał kwiaty! Tak na prawdę kochał pewna kobietę, ale ciii - nie wiecie tego ode mnie. Dobrze się bawiłem przy pisaniu opowiadania Coś na drodze - lubię wyciągać starych ramoli z barów, a jeśli wlokę ich w miejsce z dreszczykiem, czerpię z tego podwójną przyjemność. Ostatnie opowiadanie to Kobieta na sali. Napisałem je, żebyście się odrobineczkę zawiedli i sięgnęli po moją następną książkę. Co mam nadzieję planujecie uczynić. 

Dziękuję publiczności i organizatorom, a teraz zapraszam na darmowe driny i przekąski oraz dołączenie do wyzwania, w którym ten stand-up bierze udział. 

Auf wiedersehen w waszych koszmarach, amigos!



_________________________________________________



Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

Czytam literaturę amerykańską

Czytam Kinga








* Ależ się ubawiłam przy pisaniu, dziekuję, że mnie do tego motywujecie, ajlowju!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Świąteczna #niedziela 5







Dziś już kompletnie nie mam o czym pisać. To znaczy - mam, chcę Wam pokazać pewne śliczne wydanie zaplanowane przez Świat Książki. Ale to potem. Jak zacząć? Może na początek zdradzę Wam, że jestem potwornym leniem. Kwiecień się kończy, a ja tkwię na tyłku z jednym rozdziałem licencjatu. Rozumiecie? Jednym. Dwadzieścia stron - po sformatowaniu. Nie wiem czy już mieć depresje czy poczekać z tydzień. Nie mogę się zmotywować w żaden sposób.

Czuję zbliżającą się jeszcze drobnymi kroczkami sesję. Jest wśród nas ktoś, kto zajmuje się edytorstwem? Postawię czekoladę, za przysługę... ;P


Dziś spędziłam przyjemny dzień w gronie rodziny, jutro zapowiada się kolejny, w innym gronie, ale ciągle rodzinny. Jak to w święta. Boli mnie mój introwertyzm i aspołeczność. Czuję się wybebeszona, z wszystkimi uczuciami i emocjami na wierzchu. W gruncie rzeczy to lubię tę moją rodzinkę. Ale bardziej lubię się zamknąć w pokoju, lub poszwędać po miejscach w których nikogo nie znam i nikt nie zna mnie.


Chyba dziś mam dzień pod hasłem "A ponarzekam sobie". Przepraszam Was straaasznie! :)




Dobra, zamiast narzekać to się trochę pozachwycam. 30 kwietnia do księgarń trafią prześliczne wydania książek z serii "Angielski Ogród". Chwali się nimi Świat Książek, od nich też pochodzą poniższe zdjęcia:










I jak wrażenia? Ja się nad nimi rozpływam! Panie z Cranford i Opactwo Northanger za 29,90; Duma i uprzedzenie 32,90.

W sumie to nie obchodzę urodzin, ale chyba zacznę. I sprawię sobie te książeczki, bo żadnej jeszcze nie czytałam. Maju - nadchodź! :) I w związku z tym - nerkę, sprzedam, tanio. :D

 ~ *  ~   ~ *  ~   ~ *  ~

Wszystkim tym, którzy mają nieco bardziej optymistyczne podejście do świętowania życzę udanego Lanego Poniedziałku i przyjemnych, spokojnych, zdrowych i bezpiecznych (kończących się) świąt.

Bonus: Kochani, przyjemnego wtorkowego powrotu do normalnego życia.

Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Lwowskie wspomnienia i #niedziela 4


Czwarty wpis z niedzielnej serii powstaje pod wpływem wspomnień sprzed dobrych trzech, a może już czterech lat. Smutne wiadomości zza wschodniej granicy, sprawiają, że myślami coraz częściej wypływam nad tamte obszary - w zachmurzone, szare lwowskie niebo, zamyślone twarze wychylające się zza parasoli, cmentarze - po których spacer wydaje się być wycieczką w głąb polskiej literatury. Dlaczego tak? Zobaczcie choćby odrobinę cmentarza Łyczakowskiego:


 Gabriela Zapolska - wszyscy znamy (wątpliwą) Moralność pani Dulskiej.




 Piewca polskości - Władysław Bełza. Nie wszyscy kojarzą, a to jest właśnie autor słynnego: Kto ty jesteś? - Polak mały. Jaki znak twój... Jeśli lubicie patetyczne wiersze patriotyczne, koniecznie musicie poznać i te!



Czy ktoś z Was kiedyś miał okazje występować w szkolnym chórze? Nie obca mu więc Rota, Marii Konopnickiej. Każde dziecko zna Konopnicką, a poprzez wspomnianą Rotę (nie boje się napisać) zna ja każdy Polak.




 Seweryn Goszczyński - działacz i poeta, jeden z przedstawicieli polskiego romantyzmu, a więc z góry skazany na moje uwielbienie, znał Słowackiego i Mickiewicza - co moją miłość potęguje. Wiecznie skłócony z Aleksandrem Fredro, autor m.in. Dziennika podróży do Tatrów i poematu Zamek kaniowski - dzieła polskiego czarnego romantyzmu.




 I pomnik nagrobny który najbardziej mnie poruszył, jedyny nad którym mogłabym zapłakać - należący do Konstantego Juliana Ordona, oficera wojska polskiego. Dokładnie tego, którego Mickiewicz uśmiercił w Reducie Ordona. Życie Ordona w rzeczywistości potoczyło się zupełnie inaczej niż chciał tego w swej wyobraźni wieszcz. Po samobójczej śmierci, zwłoki oficera sprowadzono do Lwowa i zgodnie z jego życzeniem skremowano.


(...) Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze.

Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze,
Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona

Obleją, jak Moskale redutę Ordona -

Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute,

Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę.





Współczesne przenikanie się świata żywych i umarłych - kiedyś Karusia widziała swego zmarłego ukochanego, chociaż godziło to w szkiełko i oko, chory chłopiec u Goethego dostrzegał w lesie króla Olch, a kiedy robiło się ciemno wszędzie, głucho wszędzie... przybywali zmarli. Dziś różnimy się przede wszystkim stanem skupienia i ilością zimnego betonu wokół ciała.






 Żeby przerwać ten ponury nastrój zabiorę Was na mały spacer po Lwowie (a raczej jego wersji sprzed kilku lat), zapraszam:





 A podczas takiego spaceru można natknąć się na małą niespodziankę:



Widok z Wzgórza Zamkowego:



 Ignacy Łukasiewicz wychylający się z okna kamienicy:



 W Kaplicy Boimów:




 Kościół Bożego Ciała i Klasztor Dominikanów:




Opera Lwowska:




 Uf, trzeba przyznać, ze to był dość dłuuugi spacer. :) Czas się pożegnać.


 Życzę Wam dobrej nocy i udanego poniedziałku!

sobota, 12 kwietnia 2014

Remigiusz Mróz - "Parabellum. Horyzont zdarzeń"


Remigiusz Mróz, Parabellum. Horyzont zdarzeń;
Instytut Wydawniczy ERICA, 
Warszawa 2014


Lubię umierać ze szczęścia. 
Tak - to zdecydowanie mój ulubiony sposób zachwycania się nad książką.


Jeśli chcecie poumierać ze mną, zapraszam. 
A jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszej części Parabellum, to - o Boże, na co czekacie?!

Lekturę poniższego tekstu powinni odpuścić sobie ci, którzy nie czytali tomu pierwszego - no chyba, że chcecie zepsuć sobie frajdę i radość z jego czytania - co kto lubi. ;D



Bardzo chciałam kupić Parabellum w księgarni stacjonarnej - chyba nie muszę tego tłumaczyć żadnemu miłośnikowi książek - stoisz przed półką, rzucasz spojrzeniami po setkach kolorowych grzbietów, wszystkie krzyczą - "kup mnie, kup!", zapach papieru, faktura okładki, szelest stron... wychodzisz w końcu z księgarni z lżejszym portfelem, cięższą torebką i oczekiwaniem na rozpoczęcie nowej, fascynującej przygody u boku bohaterów utworu.
Przez tydzień przeczesywałam półki znanych mi księgarni w poszukiwaniu Horyzontu zdarzeń, ale pamiętnego dnia, w którym to pani kasjerka w Empiku oznajmiła, że premierę tej wyczekiwanej przeze mnie perełki planują na 30 kwietnia... poczułam wątpliwe uroki życia w mniejszym mieście [Rzeszów, stolica innowacji - gdyby ktoś pytał (Sarkazm. Dużo.)].

Ale - internecie, dziękuję że jesteś. 

Kiedy tylko odebrałam książkę, nie mogłam się od niej oderwać. Po pierwszej części zżyłam się z bohaterami, tak jak dzieci przywiązują się do ulubionych maskotek i nie rozstaja się z nimi nawet na krok. Ja też ciągnę za sobą wszędzie moje wyobrażenie kapitana Obelta, Bronka i Leitnera, a teraz także i starego Kremmera.
Do ostatnich stron miałam w głowie kilka elementów, o których koniecznie chciałam Wam tutaj wspomnieć, ale kiedy dotarłam do końcówki wszystko zniknęło. Została mi w głowie tylko ostatnia scena, która poruszy serduszkami fanek pewnego "pana idealnego". Oj poruszy!


W drugiej części cyklu Parabellum dzieje się... wszystko! Są strzelaniny i walki wręcz, są ucieczki i pościgi, są wielkie tragedie i małe szczęścia, jest zagrożenie i złudne wrażenie bezpieczeństwa, jest wątek miłosny, jest zauroczenie - jedno, drugie, jest... jejku, Aniela - co?! Jak? Kiedy? Jest dużo śmierci, jest zmartwychwstanie, jest uprowadzenie, jest ratunek, są trudne decyzje... i jest mój Obelt. A przede wszystkim jest C U D O W N I E przedstawiona fabuła i misternie zaplanowane zwroty akcji. I nie myślcie, że zdradziłam Wam tutaj cokolwiek z treści, bo będziecie zaskoczeni które elementy dotyczą Waszych ulubieńców.

W tej jednej książce dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, a nasi bohaterowie przeżywają tak wiele bolesnych, ale dla czytelnika fascynujących wydarzeń!
Wszyscy ci, którzy tak jak ja wyczekiwali na drugą część cyklu, będą zachwyceni.




Staszek i Maria kierują się na zachód i w czasie swojej drogi przeżywają bardzo ciężkie chwile. Jeśli myślicie, że to co działo się z nimi w pierwszej części było nie do uwierzenia, teraz zobaczycie dwa razy tyle. Chociaż znaleźli się w tak tragicznej sytuacji - w końcu pędzą prosto w paszczę Rzeszy, ciągle wygrzebują z zakamarków umysłu jakieś pokłady zaufania względem obcych. Skąd w ludziach tyle nadziei? 
Stanisław  - ku mojej wielkiej radości, przechodzi pozytywną (patrząc przez pryzmat warunków w jakich żyje) przemianę. Udaje mu się przejąć odrobinę hartu ducha Marysi, częściej bierze sprawy w swoje ręce i szybciej podejmuje ciężkie decyzje. Kiedy Staszek przestaję trząść portkami, coraz częściej wraca myślami do obróconej w gruz Warszawy. Wspomina swoją rodzinę, zastanawia się nad losem brata. W pewnej chwili zaczyna się wahać - czy dobrze zrobił uciekając? Wątpliwości narastają, czuje się odpowiedzialny za wszystkich i wszystko co zostawił za plecami. Bije się z myślami - ułożyć życie na nowo u boku narzeczonej, czy może przedłożyć ponad nie troskę o matkę i obowiązki wobec ojczyzny? Rozmyślaniom nie byłoby końca gdyby nie... nie uwierzycie.



A co porabia w tym czasie nasz drogi Christian Leitner? Hoho, w jego życiu dzieje się niemal tyle, co u Marii i Stanisława. Jego świat dosłownie staje na głowie, zmienia się wszystko wokół - Christian wiele zyskuje, ale traci znacznie więcej. Tęskni za wszystkim co było mu do tej pory bliskie - za rodzina, za stanowiskiem, stopniem wojskowym, a przede wszystkim za jego wyobrażeniem Marii Herensztad.
Próbuje dopaść Holzera, o którym dowiadujemy się nowych, ciekawych informacji, raz jest o krok za nim, raz przed nim - sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Pewnego dnia Holzer staje naprzeciw niego i... nie uwierzycie.


Pojawiają się nowi bohaterowie, a drugoplanowi siłą wypychają się na pierwszy plan. Kat kapitana Obelta - Blankenburg towarzyszy nam znacznie częściej niż ktokolwiek by tego chciał, nawet jeśli zdaje się nam, że jego podły charakter i brutalne postępowanie zostały gdzieś daleko, jego osoba ciągle ma wpływ na akcję - w Rawiczu, w kraju, za granicą - może być i jest wszędzie. Wśród nowych bohaterów znajdziemy ludzi dobrych, złych, bardzo złych i... wariatów. Zjawi się także mały oddział Armi Czerwonej, składający się z potworów w ludzkiej skórze. Jeśli jesteście gotowi na stadko Blankenburgów w wersji radzieckiej - będziecie to mieć. Coraz bardziej zachwyca mnie sposób w jaki autor wykreował swoje postacie. Leitner jest - to nie będzie przesadą - fascynującą osobą (psycholog nie wypuściłby go z gabinetu - o ile Christian raczyłby z takim porozmawiać). Bronek i Chwieduszko zmuszeni do walki ramię w ramię zaczynają się do siebie przekonywać. Nic tak nie jednoczy jak wspólni wrogowie. W pierwszej części stoicki spokój Kremmera mnie irytował, a teraz - chociaż ziemianin ciągle zachowuje się identycznie (czytaj: nawet pod ostrzałem "snuje rozważania")- szalenie mnie cieszy. Rozwinięty zostaje wątek dotyczący Marvina Rodemeyera, który okazuje się być... cholera, nie uwierzycie!



Wszystkie wydarzenia opisane w Horyzoncie zdarzeń, składają się w całość i łączą ze sobą w nieprzewidywalny sposób. Jest to coś, o czym MUSICIE przeczytać, poczuć te wszystkie skrajne emocje na własnej skórze. Jedynym minusem drugiej części cyklu Parabellum jest to, że się kończy - czyż to nie książka na wagę złota?


Polecam wszystkim - a najbardziej tym, którzy uparcie twierdzą, że to "nie ich tematyka" (i są w błędzie).




kawał dobrej roboty
i mój number one
10 / 10



______________________________


A chcecie zobaczyć fragment, przy którym Lustitia zrobiła usta w podkówkę i bardzo chciała się rozpłakać?

Z rozmowy pomiędzy Bronkiem i Chwieduszką:

- Jak Obelt - dezwał się.
- Co?
- Obelt uśmiechał się tak jak ty (...).


wtorek, 8 kwietnia 2014

Pocztówki z Rosji


Kiedyś miał to być blog postcrossingowy - jak się skończyło, wszyscy widzimy - szwarc, mydło i powidło. A cała ta mieszanka mam nadzieję zawsze znajduje się w obrębie szeroko pojętej KULTURY. Jako że ostatnio Rosja w modzie, to dziś na chwilę przeniesiemy się do rosyjskiej... skrzynki pocztowej! :)

Przyznać trzeba, ze przeglądając pocztówki na stronie postcrossing, te rosyjskie przyciągają uwagę chyba najmocniej, wystarczy zaglądnąć TUTAJ.
Szczerze zazdroszczę, w moim mieście niesłychanie trudno o tak piękne, a przede wszystkim różnorodne kartki pocztowe. 

A tymczasem malutki przegląd:


Panorama na Monaster Nowodziewiczy w Moskwie.




Gatczyna - przemysłowe, naukowe, kulturalne i edukacyjne centrum obwodu leningradzkiego.


Rosyjska bajka ludowa, ilustracja E. M. Raczew



Bardzo popularny motyw pocztówkowy, więcej sówek na lovelycards.ru





Car Mikołaj II i carewicz Aleksy, 1910




Ikona Trójca Święta, Andriej Rublov



Wodospad na rzece Zhane




Fot. Sergey Ershov


niedziela, 6 kwietnia 2014

Zimna i komiksowa - #niedziela 3

Czas na niedzielny wpis ogarniający nieco moje blogerskie lenistwo i niesystematyczność. :)

Zacznę od tego, że od pewnego czasu rozmyślam nad zorganizowaniem wyzwania czytelniczego, promującego książki o tematyce popularnonaukowej. Jestem pewna, że astronomia może być niesamowita, fizyka zachwycająca (tu mam na myśli na przykład trudną brzmiącą mechanikę kwantową, która w popularnonaukowych książkach opisywana jest bardzo przystępnie), a ogólnie pojęta nauka wciąga równie mocno jak świat kultury. 
Do tego wyzwania można byłoby zgłaszać nie tylko książki popularnonaukowe, ale i ciekawe artykuły, czy programy telewizyjne.
Chodzi mi głównie o pokazanie, że nie taki diabeł straszny jak go malują, i że nauka wcale nie musi być żmudna, trudna i nudna.

Nie wiem tylko czy poza mną byliby tu jacyś chętni do udziału w takim wyzwaniu. Jak na początek ograniczyłabym je do jednej książki / artykułu / programu co 4 miesiące (bo czytelnicy tacy zalatani i zaczytani są), z losowaniem nieokreślonej jeszcze nagrody książkowej pod koniec roku. Anyone?


~ * ~     ~ * ~     ~ *  ~

Z życiowych aktualności Lustitii- ciągle tkwię w licencjackim martwym punkcie. Mickiewicz łypie na mnie groźnie zza stosu dotyczących go monografii. Przyjmijmy, że akurat zrobiłam sobie przerwę, aby napisać ten post. Przerwę trwającą już jakieś kilka dni...


~ * ~     ~ * ~     ~ *  ~ 

 A potworne zimno na dworze nie polepsza mojego nastawienia. Gdyby chociaż padało - ale nie, jest brudno, zimno i nijako.

~ * ~     ~ * ~     ~ *  ~ 

Wygrzebałam na strychu stare komiksy brata, z serii "takich się już nie robi", ale więcej o nich napiszę w osobnym poście. 
Oglądając te kolorowe obrazki przyszedł mi do głowy pomysł na przerobienie moich zdjęć na odrobinę bardziej "komiksowe". Padło na zabudowę Krakowa, bo ta krakowska architektura sprawia, że mam ślinotok. :D
Zobaczcie co mi wyszło:






































Widzicie jak miłość kwitnie na ostatnim zdjęciu? ;)
No dobra, dosyć zabawy. Wieszczu Adamie, wracam!

A Wam życzę dobrej nocy i udanego poniedziałku! :)

Translate