środa, 26 marca 2014

Zbigniew Zborowski - "Nowy drapieżnik"



Zbigniew Zborowski, Nowy drapieżnik;
Wydawnictwo Zysk i S-ka,


Głównym motywem książki Zbigniewa Zborowskiego jest pojawienie się tytułowego nowego drapieżnika. Dlaczego nowego? Stare drapieżniki już nam nie wystarczają? Ano, nie bardzo. Człowiek rozpanoszył się na szczycie piramidy ewolucyjnej i czuje się panem świata, jest według autora "drapieżnikiem ostatecznym" - żądnym krwi zabójcą doskonałym.

I to jest ten moment w którym pytam - czy aby na pewno? Czy przypadkiem to nie jest tak, że może nas położyć byle robal czy byle bakteria? Ale wróćmy do książki...

Mamy więc Drapieżnika...

Mamy głównego bohatera Maćka (a raczej "najgłówniejszego", bo głównych jest jeszcze co najmniej dwóch, w porywach do trzech) - schorowanego, przykutego do łóżka chłopca u kresu życia. Jedynym jego zajęciem jest przyglądanie się ptakom z okna swojego pokoju. Nikt nie jest w stanie postawić jednoznacznej diagnozy, przypisuje mu się wszelkie bardziej lub mniej znane choroby neurologiczne i zaburzenia psychiczne. Pod wpływem pewnych tragicznych wydarzeń stan chłopca znacznie się poprawia. Pewnego dnia, jego życie ulega ogromnym przeobrażeniom...

Mamy młodą - i chociaż autor usilnie chciał przekonać, że jest inaczej - głupiutką dziennikarkę Izę. Dziewczyna pochodząca z dobrze postawionej rodziny odrzuca pomoc ojca i stara się żyć na własną rękę. Z rozpaczliwie marnym skutkirm i z kiepskimi, suchymi żartami na ustach. Pewnego dnia poznaje Drapieżnika.

Mamy żywy stereotyp warszawskiej przestępczości zorganizowanej w postaci Kulawego, Żyły, Jebuta, Czarnego, Prędkiego, Hardego, Pita, Poga, Flaka, Dżodża i... innych ziomków, których dziwacznych pseudonimów nie jestem w stanie wygrzebać z zakamarków pamięci. Chyba nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że zapamiętać wystarczy szefa - Kulawego i Żyłę - od którego śmierci zaczyna się cała zabawa. Żyła oczywiście tuż przed śmiercią natyka się na... Drapieżnika.


Zbigniew Zborowski
A skoro już o śmierci warszawskiego oprycha (no bo przecież nie mafioso, nie przesadzajmy...) była mowa, to naturalnym jest umieszczenie w powieści całego zastępu panów w mundurach, którzy tak właściwie to... nic nie robią. Potrafią zawalić najprostsze sprawy, nie zastanawiają się zbytnio nad prowadzonymi śledztwami - byle do umorzenia i jedziem dalej. A, tak - raz świetują dzień kobiet, a potem wielki sukces, który tak naprawdę nie można nazwać wcale a wcale sukcesem, ani nawet zasługą.

Madej - Jacek Madejski - dwadzieścia lat w policji, kawał drania i pijaka, szybko łączy fakty, ma kontakty ("ucholi") w całym mieście, z wszystkim sobie poradzi, jako pierwszy dostrzega związek pomiędzy sprawami pozornie ze sobą nie powiązanymi. Mimo to, jego życie to pasmo porażek. Nie mogę do tej pory zrozumieć dlaczego pozwalał sobą pomiatać swemu przełożonemu... ja rozumiem, że stopnie i tak dalej, ale Madej to chłop z jajami, podejmujący porąbane decyzje - dlaczegooo Jeleń mógł go tak rozstawiać po kątach?! Zabrakło mi czegoś w tej relacji młody przełożony - starszy podwładny.


Gont. Marek Gont. Z Bondem ma tyle wspólnego, że wspomina o nim sam autor książki. Tyle. Narwany, głupkowaty, napakowany i dwumetrowy Mr. Universe. Albo przynajmniej Mister Centralnego Biura Dochodzeniowego. Arcy-wróg Madeja, ustawiony w kolejce do Izy (jak pół miasta), bardziej przypomina któregoś z zakapiorów Kulawego, niż funkcjonariusza dochodzeniówki.


Chociaż należę do kategorii panien które to według znanego powiedzenia za mundurem stoją sznurem, nie potrafię w Nowym drapieżniku - ociekającym wręcz testosteronem zmieszanych z mocnym alkoholem, odnaleźć bohatera, którego charakter, postawa i działania przyprawiłyby mnie o palpitacje. Albo chociaż lekką arytmię serca. Co prawda w jednym z końcowych rozdziałów wyczyny Madeja wysuwają go przed szereg pozostałych funkcjonariuszy przewijających się przez karty utworu, ale czymże jest jeden króciutki rozdzialik wobec pozostałych czterystu - kilku stron?




Książka jest oczywiście... do przeczytania. Jak na debiut - w porządku. 
Pomysł na fabułę - świetny, szacun za całe to fachowe słownictwo medyczne. Okładka - świetna, w stylu amerykańskich mistrzów horroru.


Ale mimo wszystko sporo dialogów wydało mi się kreowanych mocno "na siłę".
Nadużywanie monosylab w wypowiedziach bohaterów, wkładanie w usta warszawskich bandziorów niemalże filozoficzno - egzystencjalnych przemyśleń poprzerywanych podwórkową łaciną wydało mi się sprzeczne z ich obrazem kreowanym kilka(naście) stron wstecz. Kiedy rozmawiają na spokojnie czytamy - "no", "aha", "mhm", a kiedy oczekujemy właśnie takiej szybkiej wymiany zdań, na przykład w czasie "strzelaniny", dostajemy dłuższe, stylistycznie ładne i przemyślane zdania. Pominę już cały gangsterski slang na który reagowałam atakiem śmiechu. No tak, jeszcze te mało śmieszne żarty Izy, które wywoływały u mnie hiperwentylację. I bramkarz w warszawskim klubie - Makiwara. Przytoczę tu pewną rozmowę:




- Więc zostaw mi swój numer telefonu.
- No nie wiem... Nie będziesz przysyłał mi romantycznych wierszyków?
- Z poezji to ja najbardziej lubię wyborową.




Nie wiem co to za fenomen, że książkowi blogerzy tak bardzo chwalą Nowego drapieżnika, u kogoś nawet przeczytałam, że to CYTUJĘ: najlepsza książka 2013 roku. Nie wiem. Nie dla mnie. Ale jak zwykle zaznaczam - to moja subiektywna opinia, moje - najmojsze podmiotowe doznanie i przemyślenia.


A na koniec, mój ulubiony motyw - uwaga, skupmy się wszyscy:

Matka Izy? Małgosia.
Była żona Madeja? Małgosia.
Dziewczyna Macieja? Małgosia.

I to nie jest ta sama kobieta. Oj, Freud miałby na tym polu używanie.





Jednoznacznej oceny brak
subiektywne i małgosiowe
6 a momentami 7




Z pozdrowieniami,
Małgosia

;)


11 komentarzy:

  1. O, rany! Lustitia, ale się ubawiłam czytając Twoją recenzję :D Może Ty napisz jakąś książkę, ja ja kupię :D
    Twój wpis, mimo, że mało pochlebny o "Drapieżniku" wywołał u mnie masochistyczną potrzebę sięgnięcia po niego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to... to sie cieszę, że ją przeczytasz. Porównamy zeznania. :P Ja napiszę ksiażkę, a Twój mąż mi ją zilustruje. Ha? ;D

      Usuń
    2. Przychylam się do wypowiedzi Dysi. Twoją książkę kupiłabym w ciemno. Naprawdę. Ty mnie zawsze rozwalisz!

      Usuń
    3. Gosiu po twojej recenzji wcale mnie do niej nie ciągnie, dzięki.
      Kot mnie rozwalił, bo rzeczywiście cytat jest cienki...
      I ile tych Małgoś Małgosiu :P

      Usuń
    4. Dobra, to wstępnie jesteśmy umówione na tą książkę z ilustracjami mojego męża :D

      Usuń
    5. Hahaha, dzieki dziewczyny, jesteście kochane! Ale jeśli przy opisie wrażeń z lektury nie mogę skupić się na dłużej przy jednym wątku, to co ja bym mogła za ksiażkę wydać? Menu chyba, albo spis ludności... :D

      Usuń
    6. A dlaczego????? Twoja może byc pokręcona, psychodeliczna i jedyna w swoim rodzaju.

      Usuń
    7. Jejciu, Basiu aż poczułam wenę i naiwne przekonanie, że mogę to zrobić. :P

      Usuń
    8. Możesz to zrobić bez problemu ;) Trzeba tylko chcieć :)

      Usuń
  2. A mnie się ta książka podobała, mimo pewnych zgrzytów, o których wspominasz. Mnie z kolei raziła zbyt duża liczba wulgaryzmów. Co do imienia Małgorzata jest dość popularne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mnie też raziła liczba wulgaryzmów. Szczególnie, że juz w pierwszym rozdziale odczułam ich nadmiar i pomyślałam - jejku, jej co będzie dalej. No i było-o! Tłumaczyłam to sobie próbą oddania charakteru środowiska o którym była mowa. Imię jest faktycznie dość popularne, ale żeby w książce której 90% bohaterów stanowi silniejsza płeć większość 2- i 3-planowych bohaterek nazwać Gośka... :D

      Usuń

Dziękuję za komentarz!

Translate