środa, 19 marca 2014

Jakub Mielnik - "Kronika końca świata"


Jakub Mielnik, Kronika końca świata,
Wydawnictwo Poznańskie,
Poznań 2013



Nie mam zielonego pojęcia jak zabrać się do napisania opinii o tej książce. Na początku szczerze wyznam, że w pewien sposób (ale w jaki?) te historie pana Mielnika balansujące na pograniczu eseju i reportażu wpłynęły na mój dotychczasowy sposób postrzegania świata. Zdaje sobie przecież sprawę, że niesprawiedliwość i brutalność, pogoń za pieniądzem, obłuda są obecne w naszym życiu (lub gdzieś tuż obok nas) jak azot w powietrzu, jednak do tej pory w jakimś stopniu wierzyłam w ludzi. W człowieczeństwo, zdolność do rozumnego (i rozumowego, a jakże!) rozwiązywania konfliktów i takie tam wyidealizowane bzdury. 
Nie wydaje mi się, żeby Kronika końca świata, była książką łatwą i nadającą się do przyjemnego spędzenia popołudnia  w atmosferze harmonii i pokoju.

Niewątpliwie (!) ta książka jest w stanie wybić czytelnika z normalnego, codziennego rytmu dnia, rozsypać cegiełki układające się w jego głowie w kolorowy obrazek szczęśliwej Ziemi, zamieszkanej przez najinteligentniejsze ze znanych (sobie) gatunków stworzeń, rozbijających atomy, czy wylatujących na orbitę swojej malutkiej planety, wydzielonej z kosmosu warstwą ozonu - niczym ściankami hermetycznie zamykanego pudełka. Odsuwamy na bok wyobrażenia genialnych naukowców w CERN, specjalistów z NASA, wzruszających śpiewaków, poetów, genialnych inżynierów, kuratorów sztuki, wolontariuszy, misjonarzy, ludzi w pocie czoła pracujących dla wyższej idei ogólnego dobra. W Kronice... na pierwszy plan  wynurzają się raczej brutalni terroryści, paramilitarne bojówki, narkomani, religijni ekstremiści, tyrani, dyktatorzy. Oczywiście NIE TYLKO - ale to ich zapamiętacie po lekturze książki.

Na starcie autor pokazuje widziany przez siebie obraz Europy, który zdawać by się mogło nie zrobi wrażenia na człowieku współczesnym - tak bardzo przecież wyzwolonym, tolerancyjnym, akceptującym wszystko co podtyka mu się pod nos. Niestety, chyba jednak aż tak liberalnym przedstawicielem rasy ludzkiej nie jestem i opisy pana Mielnika wywołują u mnie skrajne emocje, potrzebę stanięcia o krok od rzeczywistości i przekonanie o postępującym wynaturzeniu społeczeństw i kultur.

Na początku obserwujemy świat po obu stronach muru berlińskiego - rozpasanie moralne i zachłyśnięcie się wolnością - rozumianą niemalże w kategoriach anarchii, a wszystko to zatopione w delirycznych wizjach młodych Londyńczyków, Holendrów, Niemców, Francuzów. A dalej? Ciągły pęd i pośpiech napędzany przez rozwijające się społeczeństwo informacyjne.

Codziennie rano sami zapędzaliśmy się na rampy przeładunkowe, pakowaliśmy do autobusów a potem z uśmiechem na ustach zatrzaskiwaliśmy drzwiczki pieca. Plątanina neonów, reklam i szyldów mijanych w drodze do biur, firm i urzędów układała się w znane hasło: praca czyni wolnym.


Jakub Mielnik
Idea niczym nieskrępowanej wolności przedzierała się przez Europę wpełzając w najdrobniejsze szczeliny wzburzonych ludzkich myśli, ciekła wąskim strumieniem do głów, wlewając potrzebę współistnienia w tym małym, zdegenerowanym światku nastawionym jedynie na czerpanie przyjemności i odkrycie zakazanych dotąd zakamarków kultury, człowieka, siebie i świata. Idee te niczym pandemia wykańczają nawet najsilniejsze jednostki i jak dżuma prą przed siebie zostawiając w tyle plątaninę półnagich ciał pochłoniętych narkotycznym transem.


Transwestyci lali piwo do papierowych kubków a wolontariusze dumni ze swej roli krzewicieli wolnej miłości rozdawali prezerwatywy, jakby o to właśnie chodziło w tym tłumie zagubionych ludzi.

Upadek moralny, obyczajowy - każdy - kiedyś ma swój kres. Na szczęście nie da się ciągle spadać - każdy kto w nadmiarze odczuwa działanie grawitacji w końcu uderzy o dno. A wtedy zostają mu dwie możliwości zależne od tego jak długo i jak intensywnie spadał:
- rozbije doszczętnie swoje zniszczone ciało i umysł, lub
- podniesie się, otrzepie i spróbuje wracać na szczyt.

W Kronice... autor ukazuje prawdziwe oblicze życia w egzotycznych (z naszego punktu widzenia) krajach, na które nieraz patrzymy z lekką fascynacją - Japonię, Tajwan, Kambodżę, Irak, Bałkany. Tutaj jednak widzimy obdrapane z lukru małe hoteliki na końcu świata, puste lotniska, ciemne interesy, buntowniczy Berlin, Paryż bez całej otoczki Chanel nr 5, Londyn jako raj dla ekscentryków maści wszelakiej, zatłoczone kluby w brudnych podziemiach, prawdziwe i sztuczne uśmiechy, prawdziwe i sztuczne życie, pogoń za pieniądzem, informacją, potrzebę coraz to nowszych i mocniejszych doznań, ciągłe nienasycenie, przeświadczenie o tym, że TAM jest tajemniczo, lepiej i "bardziej", a TUTAJ jest zawsze nijakie i wyblakłe.

Witkacy miał swoja powieść - worek, a to co prezentuje nam pan Jakub Mielnik jest czymś w rodzaju papki, zupki instant pełnej pstrokatych odpadów historii i krwawych strzępów teraźniejszości. Początek mnie w pewnym sensie przeraził. Obrazy wykluwające się pod wpływem czytanych treści wywoływały na mojej twarzy odrobinę pobłażliwy, ale w większej części zniesmaczony uśmiech. A potem... zniknęli ludzie zza muru berlińskiego, ci z obu stron żelaznej kurtyny, którzy przesadnie zachłysnęli się wolnością, tolerancją, rozpasane moralnie dzieci i wnuki niegdysiejszych protoplastów dekadencji. Autor przeszedł do wspomnień obejmujących znacznie bardziej oddalone od nas tereny - Nadżafu, Manili, Tajpej - i to one właśnie, chociaż brudne, obskurne i pordzewiałe - zostawały ciągle na swój sposób piękne i unikatowe, oddające mikroklimat tamtych społeczności. I nagle zdałam sobie sprawę, że ktoś na świecie może traktować w podobny sposób szare blokowiska Warszawy czy dworzec w Katowicach przepełniony zbieraniną przypadkowych ludzi. I trochę mnie to zdołowało.

W pewnym momencie, podnosząc głowę znad książki że zdziwieniem i przykrością stwierdziłam, ze tak na prawdę wszędzie jest tak samo. To jedynie MY jesteśmy przyzwyczajeni do różnych rzeczywistości, do tego czego codziennie jesteśmy obserwatorami, świadkami, uczestnikami. Jeśli otworzymy oczy i zdamy sobie sprawę z tej jednolitości i spójności świata, dopiero wtedy zaczniemy dostrzegać jego różnorodność. Różnorodność w jedności.






Kronika końca świata jest podróżą, w którą udajemy się u boku odważnego reportera. Podróżą przez najróżniejsze kultury, rasy, religie i piękne tradycje poprzetykane tandetną cepelią. Przypomina o najtragiczniejszych wydarzeniach - wojnach i katastrofach ostatnich lat. Nie jest to książka łatwa, ale na pewno pochłaniająca swymi barwnymi opisami i językiem utrzymanym na poziomie fascynującej opowieści dawno niewidzianego przyjaciela.

Książkę można polecić wszystkim tym, którzy chcą zanurkować w wnętrznościach wybebeszonych państw pierwszego, drugiego i trzeciego świata, których nie zobaczycie w reklamach kurortów i katalogach biur podróży.




z życzeniem zmian na lepsze - dla siebie i świata
subiektywne - jak zawsze:
8 / 10





i zasłużony respekt dla J. Mielnika!
:)

9 komentarzy:

  1. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak to świetnie opisałaś. Cieszę się, że tak wiele potrafiłaś w niej odkryć i, że ci się spodobała (nawet bardziej niż mi). Prezent więc był udany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S.: Kubek świetny i bardzo pasuje do książki. A ten czerwony czajniczek jest boski!!!

      Usuń
    2. Kochana, to był bardzo udany prezent! Kilka informacji zawartych w książce mnie mocno zaskoczyło - na przykład to, że Heinrich Harrer był nauczycielem Dalajlamy. Albo te wspomnienia związane z Palikotem...

      Usuń
  2. Na początku myślałam, że to będzie taka typowa książka podróżnicza, opowiadająca o egzotycznych podróżach, a tu niespodzianka. Zapowiada się bardzo interesująco, myślę, że to ważna problematyka, z chęcią przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w zasadzie spodziewałam się podobnej treści, ale nie w aż takim natężeniu. Myślę, że wart przeczytać. :)

      Usuń
  3. to nie moja tematyka, ale bardzo podoba mi się okładka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka artystyczna. :) To zdjęcie graffiti , które autor zrobił na ulicy Mohammeda Mahmouda, niedaleko placu Tahrir w Kairze. Sam jest z niej dumny, zaznacza to w książce. :) Ja na tę chwilę wolę okładkę "Parabellum" o którym pisałam ostatnio. ;)

      Usuń
  4. Czytałam jakiś czas temu. I choć nie przepadam za taką literaturą, było lepiej niż się spodziewałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, ze można się po niej spodziewać zupełnie czegoś innego, niż się później dostaje. :)

      Usuń

Dziękuję za komentarz!

Translate