niedziela, 30 marca 2014

Gargulce i Mickiewicz czyli - #niedziela 2.




 
Ale za to niedziela,
Ale za to niedziela,
Niedziela będzie dla nas.



Zdaje się, że jakoś tak śpiewali Niebiesko - Czarni, prawda? Dzisiejszy dzień poza jednym dłuższym spacerem poświęciłam na romans z... romantyzmem! A dokładnie ujęciem ludowości i tradycji litewsko-polskiej w twórczości naszego cudownego wieszcza. Ach to szalone studenckie życie. ;)

W związku z powyższym lektury na dziś to:
- Ludowość u Mickiewicza (pod red. J Krzyżanowskiego i R. Wojciechowskiego)
- Mickiewicz. Mit - historia - studia. (J. Ławski)
- Jak pachnie na Litwie Mickiewicza (J. Bachórz)
- Mickiewicz. Słowo i czyn (A. Witkowska)

A na jutro:
- Romantyzm (baaaaardzo obszerne opracowanie A. Witkowskiej i R. Przybylskiego)
- Mickiewiczowskie figury wyobraźni (W. Owczarski)
- Wolny myśliwy (I nie, to nie poradnik z serii: jak upolować dzika... :D / M. Piwińska)
- Mickiewicz w oczach swoich współczesnych (S. Kawyn)

Mam ogromną ochotę na zaczytanie tego posmaku, który pozostał w głowie po Nowym drapieżniku, ale jak widać jestem zmuszona się chwilowo wstrzymać i zrobić w pierwszej kolejności to co muszę (i chcę!), a dopiero potem to co jedynie chcę. Przewiduję, że przytoczone przeze mnie wyżej lektury nie znajdą szczególnego zainteresowania, więc nie będę się nad nimi rozwodzić. 

Chciałam jedynie zapytać, czy ktoś z Was ma w swej kolekcji jakieś książki dotyczące wieszcza Adama i miałby ochotę pozbyć się ich za - nazwijmy to - przystępną dla studentki ceną? :) Byłabym ogromnie wdzięczna, gdyż Mickiewicza nigdy, przenigdy dość. 

Na oddzielny akapit zasługuje pytanie o jedną z wspomnianych już pozycji - Mickiewicz w oczach swoich współczesnych (S. Kawyn) - mój egzemplarz pochodzi z biblioteki, a nie ukrywam, że mdlałabym z dumy na widok tego dziełka na półce w pokoju. Jeśli jesteś szczęśliwym / nieszczęśliwym posiadaczem - pisz, po prawej jest formularz kontaktowy. 


~  *  ~     ~ *  ~     ~ *  ~     


Gideon // Jai Courtney
Zapomniałabym, że dziś przecież miałam okazję obejrzeć fantastyczny film - Ja, Frankenstein. Chyba nawet funkiel nówka, 2014! :) I taki był właśnie FANTASTYCZNY, że prawie już o nim zapomniałam. "Trochę dobrzy" biegali w zbrojach i pseudo-średniowiecznych strojach, "trochę źli" i demony wystroili się w idealnie skrojone garniaki, sam Adam - potwór stworzony przez doktora Frankensteina nosił schodzone dżiny, górę od dresu i zawadiacki czarny płaszcz. No esencja kiczowatości XXI - wiecznego kina klasy X, Y, Z... eeee.... tak.
Naberius // Bill Nighy

Jedyne co mi się podobało - i przyznaję się nie bez bólu prawej komory, śledziony i lewej półkuli mózgu odpowiadającej za logiczne myślenie - sceny walki. A konkretnie momenty w których demony zamieniały się w wzburzone kłęby płomieni - baardzo ładne efekty specjalne - bardzo!
Warte uwagi są też sceny, w których kamienne gargulce lądują na ziemi zamieniając się w seksownych Latynosów... no, trochę ubarwiam - w jednego Latynosa, jedną Latynoskę i niebieskookiego nordyckiego boga (prawie, zdjęcie po prawej).
Nie zabrakło też złego demono-potworo-naukowca - psychopaty o dyktatorskich zapędach i świetnie dobranym krawacie (też po prawej).
A widok na gotycką siedzibę "Prawie dobrych" wygrywa wszystko.

Ostatecznie - nie polecam. No chyba, że czujecie się zachęceni tymi kilkoma plusami.


Ja, Frankenstein




Nie będę tu odkrywcą, ale podsumowując:
Mickiewicz    1 : 0    popkultura



I na koniec - niedziela w zdjęciach:
















Pozdrawiam ja i moja kotałka, zaczytana jak widać powyżej w Kronice końca świata.

środa, 26 marca 2014

Zbigniew Zborowski - "Nowy drapieżnik"



Zbigniew Zborowski, Nowy drapieżnik;
Wydawnictwo Zysk i S-ka,


Głównym motywem książki Zbigniewa Zborowskiego jest pojawienie się tytułowego nowego drapieżnika. Dlaczego nowego? Stare drapieżniki już nam nie wystarczają? Ano, nie bardzo. Człowiek rozpanoszył się na szczycie piramidy ewolucyjnej i czuje się panem świata, jest według autora "drapieżnikiem ostatecznym" - żądnym krwi zabójcą doskonałym.

I to jest ten moment w którym pytam - czy aby na pewno? Czy przypadkiem to nie jest tak, że może nas położyć byle robal czy byle bakteria? Ale wróćmy do książki...

Mamy więc Drapieżnika...

Mamy głównego bohatera Maćka (a raczej "najgłówniejszego", bo głównych jest jeszcze co najmniej dwóch, w porywach do trzech) - schorowanego, przykutego do łóżka chłopca u kresu życia. Jedynym jego zajęciem jest przyglądanie się ptakom z okna swojego pokoju. Nikt nie jest w stanie postawić jednoznacznej diagnozy, przypisuje mu się wszelkie bardziej lub mniej znane choroby neurologiczne i zaburzenia psychiczne. Pod wpływem pewnych tragicznych wydarzeń stan chłopca znacznie się poprawia. Pewnego dnia, jego życie ulega ogromnym przeobrażeniom...

Mamy młodą - i chociaż autor usilnie chciał przekonać, że jest inaczej - głupiutką dziennikarkę Izę. Dziewczyna pochodząca z dobrze postawionej rodziny odrzuca pomoc ojca i stara się żyć na własną rękę. Z rozpaczliwie marnym skutkirm i z kiepskimi, suchymi żartami na ustach. Pewnego dnia poznaje Drapieżnika.

Mamy żywy stereotyp warszawskiej przestępczości zorganizowanej w postaci Kulawego, Żyły, Jebuta, Czarnego, Prędkiego, Hardego, Pita, Poga, Flaka, Dżodża i... innych ziomków, których dziwacznych pseudonimów nie jestem w stanie wygrzebać z zakamarków pamięci. Chyba nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że zapamiętać wystarczy szefa - Kulawego i Żyłę - od którego śmierci zaczyna się cała zabawa. Żyła oczywiście tuż przed śmiercią natyka się na... Drapieżnika.


Zbigniew Zborowski
A skoro już o śmierci warszawskiego oprycha (no bo przecież nie mafioso, nie przesadzajmy...) była mowa, to naturalnym jest umieszczenie w powieści całego zastępu panów w mundurach, którzy tak właściwie to... nic nie robią. Potrafią zawalić najprostsze sprawy, nie zastanawiają się zbytnio nad prowadzonymi śledztwami - byle do umorzenia i jedziem dalej. A, tak - raz świetują dzień kobiet, a potem wielki sukces, który tak naprawdę nie można nazwać wcale a wcale sukcesem, ani nawet zasługą.

Madej - Jacek Madejski - dwadzieścia lat w policji, kawał drania i pijaka, szybko łączy fakty, ma kontakty ("ucholi") w całym mieście, z wszystkim sobie poradzi, jako pierwszy dostrzega związek pomiędzy sprawami pozornie ze sobą nie powiązanymi. Mimo to, jego życie to pasmo porażek. Nie mogę do tej pory zrozumieć dlaczego pozwalał sobą pomiatać swemu przełożonemu... ja rozumiem, że stopnie i tak dalej, ale Madej to chłop z jajami, podejmujący porąbane decyzje - dlaczegooo Jeleń mógł go tak rozstawiać po kątach?! Zabrakło mi czegoś w tej relacji młody przełożony - starszy podwładny.


Gont. Marek Gont. Z Bondem ma tyle wspólnego, że wspomina o nim sam autor książki. Tyle. Narwany, głupkowaty, napakowany i dwumetrowy Mr. Universe. Albo przynajmniej Mister Centralnego Biura Dochodzeniowego. Arcy-wróg Madeja, ustawiony w kolejce do Izy (jak pół miasta), bardziej przypomina któregoś z zakapiorów Kulawego, niż funkcjonariusza dochodzeniówki.


Chociaż należę do kategorii panien które to według znanego powiedzenia za mundurem stoją sznurem, nie potrafię w Nowym drapieżniku - ociekającym wręcz testosteronem zmieszanych z mocnym alkoholem, odnaleźć bohatera, którego charakter, postawa i działania przyprawiłyby mnie o palpitacje. Albo chociaż lekką arytmię serca. Co prawda w jednym z końcowych rozdziałów wyczyny Madeja wysuwają go przed szereg pozostałych funkcjonariuszy przewijających się przez karty utworu, ale czymże jest jeden króciutki rozdzialik wobec pozostałych czterystu - kilku stron?




Książka jest oczywiście... do przeczytania. Jak na debiut - w porządku. 
Pomysł na fabułę - świetny, szacun za całe to fachowe słownictwo medyczne. Okładka - świetna, w stylu amerykańskich mistrzów horroru.


Ale mimo wszystko sporo dialogów wydało mi się kreowanych mocno "na siłę".
Nadużywanie monosylab w wypowiedziach bohaterów, wkładanie w usta warszawskich bandziorów niemalże filozoficzno - egzystencjalnych przemyśleń poprzerywanych podwórkową łaciną wydało mi się sprzeczne z ich obrazem kreowanym kilka(naście) stron wstecz. Kiedy rozmawiają na spokojnie czytamy - "no", "aha", "mhm", a kiedy oczekujemy właśnie takiej szybkiej wymiany zdań, na przykład w czasie "strzelaniny", dostajemy dłuższe, stylistycznie ładne i przemyślane zdania. Pominę już cały gangsterski slang na który reagowałam atakiem śmiechu. No tak, jeszcze te mało śmieszne żarty Izy, które wywoływały u mnie hiperwentylację. I bramkarz w warszawskim klubie - Makiwara. Przytoczę tu pewną rozmowę:




- Więc zostaw mi swój numer telefonu.
- No nie wiem... Nie będziesz przysyłał mi romantycznych wierszyków?
- Z poezji to ja najbardziej lubię wyborową.




Nie wiem co to za fenomen, że książkowi blogerzy tak bardzo chwalą Nowego drapieżnika, u kogoś nawet przeczytałam, że to CYTUJĘ: najlepsza książka 2013 roku. Nie wiem. Nie dla mnie. Ale jak zwykle zaznaczam - to moja subiektywna opinia, moje - najmojsze podmiotowe doznanie i przemyślenia.


A na koniec, mój ulubiony motyw - uwaga, skupmy się wszyscy:

Matka Izy? Małgosia.
Była żona Madeja? Małgosia.
Dziewczyna Macieja? Małgosia.

I to nie jest ta sama kobieta. Oj, Freud miałby na tym polu używanie.





Jednoznacznej oceny brak
subiektywne i małgosiowe
6 a momentami 7




Z pozdrowieniami,
Małgosia

;)


niedziela, 23 marca 2014

# Niedziela


Jakoś nie mogę nauczyć się systematyczności w dodawaniu wpisów i recenzji. A to czasu mało, a to pomysłu brak, a to książka niedoczytana... Tyle na głowie! :)

Dziś postanowiłam to zmienić i obiecałam sobie, że w każdą niedzielę dodawać będę krótki wpis o charakterze pamiętnikowo - wspominkowo - informacyjnym. Mam nadzieję, że nie polegnę.


W oczekiwaniu na drugą część cyklu Parabellum wzięłam się za Nowego drapieżnika Zbigniewa Zborowskiego i mam jak na razie mieszane odczucia. Nie przeszkadza mi jakoś specjalnie kiedy książkowy bohater klnie jak szewc (w rozsądnej ilości), ale pan Zborowski - ho, ho! - trochę za bardzo dołożył do pieca! Aż się momentami zastanawiam - co ja czytam (tak, obok na obrazku jest moja kotka)?! Albo na przykład takie dialogi, w których jedna strona się produkuje jak silnik trabanta, a w odpowiedzi słyszy: "-Aha." Ale brnę dalej, może coś się zmieni. ;)


Poza Parabellum. Horyzont zdarzeń marzą mi się jeszcze trzy pozycje upatrzone w "nowościach". Są to: MASA o kobietach polskiej mafii, Dlaczego wierzymy w boga(-ów). Krótki przewodnik po nauce o wierze i Monogram.


http://www.empik.com/parabellum-tom-2-horyzont-zdarzen-mroz-remigiusz,p1093766709,ksiazka-phttp://www.matras.pl/masa-o-kobietach-polskiej-mafii-jaroslaw-masa-sokolowski-w-rozmowie-z-arturem-gorskim.htmlhttp://www.matras.pl/dlaczego-wierzymy-w-boga-ow-krotki-przewodnik-po-nauce-o-wierze.htmlhttp://www.matras.pl/monogram.html


Masa..., bo książki o włoskiej mafii bardzo mi przypadły do gustu, więc może pora rozszerzyć zakres zainteresowań?
Dlaczego wierzymy..., bo ostatnio z wielką przyjemnością zaczytuję się w książkach Dawkinsa i Sagana (przy czym zaznaczam, że nie jestem wojującą ateistką...).
Monogram, bo zapowiada się ciekawie. Oj tam, kto nie lubi historii o niepokornych gliniarzach? No kto? ;D



Dni są coraz dłuższe i coraz cieplejsze (dla mnie już ciut ZA ciepłe jak na początek wiosny), zastanawiam się więc co w najbliższej okolicy warto zobaczyć "na szybko". Przeglądam strony internetowe miast i gmin, ale prawdę mówiąc najbardziej ciągnie mnie (jak zwykle) do Krakowa. Niestety w Krakowie byłam niedawno, a jest przecież tyyyle miejsc do zobaczenia, że nie chcę lądować zawsze w tym samym. Więc jak na razie zadowolę się krakowskimi wspomnieniami, a na wycieczkę wybiorę jakąś małą miejscowość.

Już się rozmarzyłam nad tym nieszczęsnym krakowskim rynkiem i cudną zabudową... no i tym ich ogrodem zoologicznym przez który mogę wlec się cały dzień! :) Poniżej kilku moich ulubieńców (zdjęcia stare, ale myślę, że rezydenci są ciągle na swoich miejscach):

tamaryna białoczuba


kukabura

paw

błyszczak purpurowy
wielbłąd

no idea - emu lub nandu, wybaczcie. Ukłon na pożegnanie.
flamingi - wiecznie się leją...ale są urocze!



Kochani, udanego poniedziałku!



środa, 19 marca 2014

Jakub Mielnik - "Kronika końca świata"


Jakub Mielnik, Kronika końca świata,
Wydawnictwo Poznańskie,
Poznań 2013



Nie mam zielonego pojęcia jak zabrać się do napisania opinii o tej książce. Na początku szczerze wyznam, że w pewien sposób (ale w jaki?) te historie pana Mielnika balansujące na pograniczu eseju i reportażu wpłynęły na mój dotychczasowy sposób postrzegania świata. Zdaje sobie przecież sprawę, że niesprawiedliwość i brutalność, pogoń za pieniądzem, obłuda są obecne w naszym życiu (lub gdzieś tuż obok nas) jak azot w powietrzu, jednak do tej pory w jakimś stopniu wierzyłam w ludzi. W człowieczeństwo, zdolność do rozumnego (i rozumowego, a jakże!) rozwiązywania konfliktów i takie tam wyidealizowane bzdury. 
Nie wydaje mi się, żeby Kronika końca świata, była książką łatwą i nadającą się do przyjemnego spędzenia popołudnia  w atmosferze harmonii i pokoju.

Niewątpliwie (!) ta książka jest w stanie wybić czytelnika z normalnego, codziennego rytmu dnia, rozsypać cegiełki układające się w jego głowie w kolorowy obrazek szczęśliwej Ziemi, zamieszkanej przez najinteligentniejsze ze znanych (sobie) gatunków stworzeń, rozbijających atomy, czy wylatujących na orbitę swojej malutkiej planety, wydzielonej z kosmosu warstwą ozonu - niczym ściankami hermetycznie zamykanego pudełka. Odsuwamy na bok wyobrażenia genialnych naukowców w CERN, specjalistów z NASA, wzruszających śpiewaków, poetów, genialnych inżynierów, kuratorów sztuki, wolontariuszy, misjonarzy, ludzi w pocie czoła pracujących dla wyższej idei ogólnego dobra. W Kronice... na pierwszy plan  wynurzają się raczej brutalni terroryści, paramilitarne bojówki, narkomani, religijni ekstremiści, tyrani, dyktatorzy. Oczywiście NIE TYLKO - ale to ich zapamiętacie po lekturze książki.

Na starcie autor pokazuje widziany przez siebie obraz Europy, który zdawać by się mogło nie zrobi wrażenia na człowieku współczesnym - tak bardzo przecież wyzwolonym, tolerancyjnym, akceptującym wszystko co podtyka mu się pod nos. Niestety, chyba jednak aż tak liberalnym przedstawicielem rasy ludzkiej nie jestem i opisy pana Mielnika wywołują u mnie skrajne emocje, potrzebę stanięcia o krok od rzeczywistości i przekonanie o postępującym wynaturzeniu społeczeństw i kultur.

Na początku obserwujemy świat po obu stronach muru berlińskiego - rozpasanie moralne i zachłyśnięcie się wolnością - rozumianą niemalże w kategoriach anarchii, a wszystko to zatopione w delirycznych wizjach młodych Londyńczyków, Holendrów, Niemców, Francuzów. A dalej? Ciągły pęd i pośpiech napędzany przez rozwijające się społeczeństwo informacyjne.

Codziennie rano sami zapędzaliśmy się na rampy przeładunkowe, pakowaliśmy do autobusów a potem z uśmiechem na ustach zatrzaskiwaliśmy drzwiczki pieca. Plątanina neonów, reklam i szyldów mijanych w drodze do biur, firm i urzędów układała się w znane hasło: praca czyni wolnym.


Jakub Mielnik
Idea niczym nieskrępowanej wolności przedzierała się przez Europę wpełzając w najdrobniejsze szczeliny wzburzonych ludzkich myśli, ciekła wąskim strumieniem do głów, wlewając potrzebę współistnienia w tym małym, zdegenerowanym światku nastawionym jedynie na czerpanie przyjemności i odkrycie zakazanych dotąd zakamarków kultury, człowieka, siebie i świata. Idee te niczym pandemia wykańczają nawet najsilniejsze jednostki i jak dżuma prą przed siebie zostawiając w tyle plątaninę półnagich ciał pochłoniętych narkotycznym transem.


Transwestyci lali piwo do papierowych kubków a wolontariusze dumni ze swej roli krzewicieli wolnej miłości rozdawali prezerwatywy, jakby o to właśnie chodziło w tym tłumie zagubionych ludzi.

Upadek moralny, obyczajowy - każdy - kiedyś ma swój kres. Na szczęście nie da się ciągle spadać - każdy kto w nadmiarze odczuwa działanie grawitacji w końcu uderzy o dno. A wtedy zostają mu dwie możliwości zależne od tego jak długo i jak intensywnie spadał:
- rozbije doszczętnie swoje zniszczone ciało i umysł, lub
- podniesie się, otrzepie i spróbuje wracać na szczyt.

W Kronice... autor ukazuje prawdziwe oblicze życia w egzotycznych (z naszego punktu widzenia) krajach, na które nieraz patrzymy z lekką fascynacją - Japonię, Tajwan, Kambodżę, Irak, Bałkany. Tutaj jednak widzimy obdrapane z lukru małe hoteliki na końcu świata, puste lotniska, ciemne interesy, buntowniczy Berlin, Paryż bez całej otoczki Chanel nr 5, Londyn jako raj dla ekscentryków maści wszelakiej, zatłoczone kluby w brudnych podziemiach, prawdziwe i sztuczne uśmiechy, prawdziwe i sztuczne życie, pogoń za pieniądzem, informacją, potrzebę coraz to nowszych i mocniejszych doznań, ciągłe nienasycenie, przeświadczenie o tym, że TAM jest tajemniczo, lepiej i "bardziej", a TUTAJ jest zawsze nijakie i wyblakłe.

Witkacy miał swoja powieść - worek, a to co prezentuje nam pan Jakub Mielnik jest czymś w rodzaju papki, zupki instant pełnej pstrokatych odpadów historii i krwawych strzępów teraźniejszości. Początek mnie w pewnym sensie przeraził. Obrazy wykluwające się pod wpływem czytanych treści wywoływały na mojej twarzy odrobinę pobłażliwy, ale w większej części zniesmaczony uśmiech. A potem... zniknęli ludzie zza muru berlińskiego, ci z obu stron żelaznej kurtyny, którzy przesadnie zachłysnęli się wolnością, tolerancją, rozpasane moralnie dzieci i wnuki niegdysiejszych protoplastów dekadencji. Autor przeszedł do wspomnień obejmujących znacznie bardziej oddalone od nas tereny - Nadżafu, Manili, Tajpej - i to one właśnie, chociaż brudne, obskurne i pordzewiałe - zostawały ciągle na swój sposób piękne i unikatowe, oddające mikroklimat tamtych społeczności. I nagle zdałam sobie sprawę, że ktoś na świecie może traktować w podobny sposób szare blokowiska Warszawy czy dworzec w Katowicach przepełniony zbieraniną przypadkowych ludzi. I trochę mnie to zdołowało.

W pewnym momencie, podnosząc głowę znad książki że zdziwieniem i przykrością stwierdziłam, ze tak na prawdę wszędzie jest tak samo. To jedynie MY jesteśmy przyzwyczajeni do różnych rzeczywistości, do tego czego codziennie jesteśmy obserwatorami, świadkami, uczestnikami. Jeśli otworzymy oczy i zdamy sobie sprawę z tej jednolitości i spójności świata, dopiero wtedy zaczniemy dostrzegać jego różnorodność. Różnorodność w jedności.






Kronika końca świata jest podróżą, w którą udajemy się u boku odważnego reportera. Podróżą przez najróżniejsze kultury, rasy, religie i piękne tradycje poprzetykane tandetną cepelią. Przypomina o najtragiczniejszych wydarzeniach - wojnach i katastrofach ostatnich lat. Nie jest to książka łatwa, ale na pewno pochłaniająca swymi barwnymi opisami i językiem utrzymanym na poziomie fascynującej opowieści dawno niewidzianego przyjaciela.

Książkę można polecić wszystkim tym, którzy chcą zanurkować w wnętrznościach wybebeszonych państw pierwszego, drugiego i trzeciego świata, których nie zobaczycie w reklamach kurortów i katalogach biur podróży.




z życzeniem zmian na lepsze - dla siebie i świata
subiektywne - jak zawsze:
8 / 10





i zasłużony respekt dla J. Mielnika!
:)

sobota, 15 marca 2014

Remigiusz Mróz - "Parabellum. Prędkość ucieczki"


Remigiusz Mróz, Parabellum. Prędkość ucieczki,
Instytut Wydawniczy ERICA,
Warszawa 2013


Przepis na udany piątek? Lenistwo w promieniach słońca, dobra herbata i jeszcze lepsza książka.

Parabellum upatrzyłam sobie kiedy tylko po raz pierwszy zetknęłam się z nim w książkowej blogosferze i od tego czasu marzyłam sobie o tej książce po cichutku (czasami popiskując... - Basiu :D), aż pewnego dnia nad moja głową zaświecił promyczek szczęścia (o imieniu Ewcia) i wymarzona książka trafiła w moje ręce.


W tym miejscu chciałabym zaprosić was na stronę autora - remigiuszmroz.pl oraz do przeczytania świetnego wywiadu z panem Remigiuszem przeprowadzonego przez Awiolę- na stronie Subiektywnie o książkach.


Bardzo, bardzo długo zachwycałam się nad okładką – w wyżej wspomnianym wywiadzie autor przyznał, że nie jest zadowolony z okładki swojej debiutanckiej Wieży milczenia - w tym wypadku może być pan dumny, bo Parabellum ma okładkę niemalże idealną, wszystko jest tak jak być powinno. Gratulacje dla pani Magdaleny Zawadzkiej.

Parabellum. Prędkość ucieczki mogę już uznać – chociaż mamy dopiero marzec – za mój zdecydowany number one wśród wszystkich książek które w tym roku przeczytałam i przeczytam. Jestem niemalże pewna, że nic już nie pobije tej pozycji. W Parabellum ciągle coś się dzieje, dlatego ciężko jest przedstawić losy bohaterów, nie zdradzając tym samym zbyt wiele z fabuły. Nie chciałabym odkrywać wszystkich kart pana Remigiusza, bo zapewniam, że ma on wiele asów w rękawie – a każdy następny, jest coraz bardziej zaskakujący.






Nawet najmniej spostrzegawczy odbiorca patrząc na okładkę zauważy, że historia przedstawiona w Parabellum rozgrywać się będzie w czasach II wojny światowej. 

Postaram się teraz nie zdradzić wam tego o czym MUSICIE przeczytać sami. Na wydarzenia wojny patrzymy z trzech perspektyw:

Po pierwsze:
Z Bronkiem mogę iść umierać za ojczyznę.

No właśnie. Bronek Zaniewski – sierżant Drugiej Brygady Górskiej.
- Sierżancie Zaniewski, jesteście  nie tylko kompletnym idiotą, ale też pierdolonym psychopatą! – Tak oto w krótki i dosadny sposób scharakteryzował go mój ulubiony bohater - kapitan Obelt. Od zawsze czuję nieuzasadnioną i irracjonalną sympatię do osób nazywanych psychopatami, zauroczona jestem wprost Hannibalem Lecterem czy Moriartym, a w Parabellum szaleńców mamy na pęczki. Bronek jest porywczy, nerwowy, lekkomyślny, bezczelny, a przede wszystkim bardzo bystry. Zapanowanie nad nim graniczy z cudem, o czym mają okazję przekonać się jego zwierzchnicy. Zaniewski sprzeciwia się nawet rozporządzeniom wydanym przez samego marszałka. Stacjonujące przy granicy z Rumunią oddziały polskie zostały ostrzelane przez luftwaffe, wśród ocalałych znalazła się jedynie garstka żołnierzy – chociaż samo słowa garstka jest już chyba chybione. Kilku żołnierzy o różnych stopniach wojskowych, pod przywództwem kapitana Obelta wyrusza z granicy w głąb Polski. Cel: unicestwić jak największą ilość Niemców.

Kapitan Obelt – to człowiek którego już w połowie książki w swojej głowie uhonorowałam wszystkimi możliwymi odznaczeniami wojskowymi, a końcowe wydarzenia utwierdziły mnie tylko w bezgranicznym uwielbieniu i przekonaniu, że jest to jeden z moich ulubionych bohaterów książkowych, fikcyjny bohater narodowy na miarę Kapitana Ameryki czy innego Batmana, a już na pewno polska wersja Leonidasa, który zamiast swoich „trzystu” ma... no właśnie. Nie zgadlibyście.

Po drugie:
Miłość w czasie wojny JEST możliwa.
Tutaj przypomina mi się pytanie stawiane x lat temu na języku polskim przy okazji analizy opowiadań Borowskiego. Czy taka miłość – nie „do bliźniego”, ale zwyczajna - między kobietą a mężczyzną ma rację bytu w czasie wojny? Co prawda Tadek i Maria nie są może najlepszym dowodem na potwierdzenie ewentualnej tezy, za to bohaterowie Parabellum nadają się do tego doskonale. Nieco odrealniony młodszy brat Bronka – Staszek Zaniewski i jego narzeczona – Maria Herensztad - wesoła i dzielna Żydówka, zawsze z głową na karku tuż po zbombardowaniu Warszawy postanawiają uciekać na zachód. Żydowskie pochodzenie skazywałoby Marię na śmierć w powoli znikającej i ogarniętej wojną Polsce. Postanawiają uciekać, mimo największych obaw i zastrzeżeń – muszą w końcu przebić się przez ziemie opanowane już przez Rzeszę. Jest to misja wydawać się może absurdalna, tym bardziej, że narzeczeństwo podszywa się pod austriackich dziennikarzy współpracujących z niemieckim organem propagandowym. Staszek nie zna języka niemieckiego i na domiar złego tworzy w sobie pewną blokadę, nie pozwalającą nauczyć mu się go w stopniu komunikatywnym. Jak w takiej sytuacji udawać Austriaka? Bohaterowie mają na to pewien sposób. 
Pomimo tragicznych wydarzeń które ich spotykają miłość jest dla nich spoiwem i energią nakazującą im iść dalej.

Po trzecie:
Jak zrozumieć (i polubić?) kapitana Wehrmachtu.
Bo chyba można. Przynajmniej takiego fikcyjnego. Hauptmann Christian Leitner jest chyba najbardziej złożoną postacią w książce – wykreowany jest w sposób niezwykle przemyślany – to człowiek ze stali, zawsze opanowany, skrupulatny, służbista. Ma swoje przemyślenia na temat polityki Rzeszy, jest bezgranicznie oddany Hitlerowi, chociaż nie popiera segregacji rasowej, dzielenia ludzi na pod- i nadczłowieka, uważa, że koncepcja czystej rasy aryjskiej to kompletna bzdura, chociaż sam mógłby uchodzić za modelowy przykład idealnego Aryjczyka. Wszystko co robi Leitner jest logiczne i przemyślane, dlatego czytelnik jest w stanie zrozumieć i w pewnym stopniu zaakceptować, postępowanie Christiana. Jest on przeciwny katowaniu jeńców i w ogóle przejawom agresji wobec cywilów, uważa, że Rzesza wyszłaby znacznie lepiej na pokojowym dążeniu do zjednoczonej pod sztandarem Niemiec Europy, o wspólnych ideach i celach – przemoc powinna być stosowana tam, gdzie jest konieczna dla wyższych celów i nieunikniona. Gdyby nie fakt, że całe swe serce oddałam resztkom kompanii kapitana Obelta, skupiłabym się pewnie na postaci Christiana. Najważniejsze wydaje się być to, że pomimo swych wad Hauptmann jest – póki co człowiekiem (w kategoriach moralnych), domyślam się, że w drugiej części będzie nim coraz mniej. Tym bardziej, że otrzymuje bardzo interesującą propozycję (w domyśle: rozkaz) od... SS.


Zatrzymam się na tym co już napisałam, bo naprawdę uważam, że z każdym kolejnym zdaniem mogłabym zdradzać wątki, o których musicie przeczytać sami. Dajcie się zaskoczyć. :) Nie chcę się powtarzać ale na prawdę warto, warto, po stokroć warto sięgnąć po tę książkę.


Myślę, że każdy czytelnik w Parabellum mógłby znaleźć coś dla siebie. Wspaniali, charyzmatyczni i świetnie wykreowani bohaterowie – każdy jako indywiduum – jeśli dochodzi do zderzenia dwóch takich potężnych osobowości wychodzą nam iście Conan-doylowskie relacje, BARDZO zaskakujące zwroty akcji, szybki bieg wydarzeń, wciągające wątki, cudownie bezpośredni język.


Przy Parabellum nie można się nudzić. Ciężko jest się oderwać od lektury, zatrzymać, odłożyć. Jeśli już raz Bronek Zaniewski zagości w waszej głowie – możecie być pewni, łatwo się go nie pozbędziecie. Znacie te wszystkie stereotypy na temat Świadków Jehowy? Tak samo działa Bronek – „Puk, puk. Czy poświęci pan / pani chwilę...”. I koniec. Jesteście – jakby powiedzieli nasi bohaterowie – udupieni.


A jeśli czyta to jakiś szaman / czarodziej / medium / wieszczka / wróżbita Maciej – proszę o jak najszybszy kontakt. Z krótkiego zarysu fabuły drugiego tomu nie dowiedziałam się niczego o sytuacji mojego ulubionego kapitana (a raczej dowiedziałam się tego, czego nie chciałam) i popadnę w głęboką depresję, jeśli wątek związany z jego osobą ograniczy się do tego, co tam wyczytałam.

Drugi tom – Horyzont zdarzeń – ukaże się 27 marca

I jak ja panie Remigiuszu przeżyję 13 dni myśląc bez przerwy o losie Obelta?






solidne
9,5 / 10
i honorowe miejsce na półce


poniedziałek, 10 marca 2014

Książki od Książkówki, czyli kuferkowe rozdanie nr 20.



Nie wiem jak to się dzieje, ale ostatnio niesłychanie poszczęściło mi się w książkowych konkursach. Nie tak dawno pisałam tu o wygranej u Basi z Czytelni, a dziś chcę pochwalić się kolejnymi wspaniałymi zdobyczami wygranymi w Kuferku Książkówki!

Jedna z książek bardzo mnie zaciekawiła, chociaż znałam ja tylko z recenzji; o drugiej marzyłam od dawna.
Pierwsza z nich to Nowy drapieżnik Zbigniewa Zborowskiego (recenzja Książkówki), druga to Parabellum. Prędkość Ucieczki Remigiusza Mroza (recenzja Książkówki).


Jak widać na screenie z Ewcinych komentarzy - miałam wsparcie samego autora. :D

Rozbroił mnie też komentarz naszej kochanej Basi - "znamy" się krótko, ale Basia dużo wie. I to prawda - piszczałam za Parabellum pod recenzją Basi i pod recenzją Książkówki... z resztą, wszędzie piszczałam. Czasem muszę ugryźć się w język.




Parabellum miałam zacząć kiedy znajdę przynajmniej z dwie godziny wolnego czasu - jak to bywa z takimi zamiarami - nie wyszło.

Czytam je teraz w przerwach miedzy Mickiewiczem, Marią Janion, Aliną Witkowską, mickiewiczowskimi monografiami i... jeszcze większą ilością Mickiewicza. Adamo-cepcja.

Ledwie wyrwałam się z kadry w Andrasfalvie, gdzie pozostał mój ulubiony Bachmatiuk i landsturm infanterist Piotr Niewiadomski - już zaczynałam tęsknić i... bach. Bronek Zaniewski. I bach, kapitan Obelt. Dobra, cicho, znowu zaczynam piszczeć. Ciiiii.

Do książkowej nagrody Ewcia dołączyła długopis i zakładkę - kocham te spersonalizowane gadżety! To taka cząstka Was w moim domu. 


Bardzo Ci dziękuję Ewciu!

A pozostałych miłośników literatury zapraszam do marcowego kuferka.

sobota, 8 marca 2014

Palcem po mapie - Bieszczady (Mała Rawka)

Dawno razem nie podróżowaliśmy, prawda? Dzisiaj zawędrujemy daleko na południe, głęboko w las, góry i mgłę. Zapraszam.

Allons - y!



 Dzisiaj chciałabym Wam pokazać gdzie jadą niedoświadczone studentki, na swój pierwszy samotny wypad w góry, gdzie wypluwają płuca, odgryzają nogi, złorzeczą mgle, która przesłania widoki, by po chwili stwierdzić, ze to najpiękniejsza mgła jaką widziały w życiu, gdzie każda chmura i każda kępa trawy jest dokładnie na swoim miejscu, a bez niej świat rozsypałby się na kawałki. 

W Bieszczady pojechałam razem z moimi dwiema przyjaciółkami. Nasza wiedza o górach była i jest - żadna. Nie wiedziałyśmy do końca czy porywamy się na coś na miarę naszych możliwości, czy też może usiądziemy w połowie trasy z dzikim rykiem i łzami w oczach. Po prostu obudziłyśmy się z samego rana i poszłyśmy przed siebie. Dopiero po powrocie do domu sprawdziłam jaką drogę przemierzyłyśmy - i uwierzcie byłam mocno zaskoczona.

Wyszłyśmy z Wetliny - popularnej miejscowości, w której w sezonie żyje więcej turystów niż tubylców (swoją drogą - tubylcy - cudowni ludzie, nadający wyjątkowy klimat miejscu). Po krótkim spacerze zobaczyłyśmy tabliczkę Bieszczadzkiego Parku Narodowego i kasę biletową, w której miła pani oznajmiła, że: "Nieczynne." Nie zrażone skręciłyśmy na szlak i zagłębiłyśmy się w jeszcze ciemny i wilgotny od porannej rosy las, z mocnym postanowieniem kupna nieszczęsnego biletu przy wyjściu z parku.

Oto trasa, którą wtedy przemierzyłyśmy podziwiając cudowne widoki, jęcząc ze zmęczenia, narzekając na mgłę, śmiejąc się i wspominając licealne czasy. Dziś wiem, że jak na pierwszy tego typu wypad - to był idealny wybór.


Start - Wetlina - "A".

Trasa: Szlak zielony - 10 km - na całej trasie nie było ani jednego turysty, spotkałyśmy jedynie strażników jadących quadem. Pytali czy natknęłyśmy się na kogoś na trasie z Wetliny - wtedy pierwszy raz zastanowiłam się czy lepiej spotkać niedźwiedzia i liczyć na to, że sobie pójdzie, czy też grupę niebezpiecznych imigrantów. Ot taka wybujała wyobraźnia. Stanęło na niedźwiedziu.

Bohater dnia - czerwona kropka - punkt widokowy na Małej Rawce, z którego tego dnia widać było niestety TYLKO mgłę.

Punkt "B" - Bacówka PTTK Pod Małą Rawką, 930 m n.p.m (ciekawostka: w połowie lat 80 w schronisku tworzył Jerzy Harasymowicz).

Trasa powrotna- Wielka pętla Bieszczadzka - 12 km - wykończone maszerowałyśmy najzwyklejszą drogą asfaltową, dziękując za to równe podłoże i podziwiając stada owiec pilnowanych przez przeurocze pieski, krów, byków i czego tylko dusza miłośnika zwierząt zapragnie. Pierwszy raz w życiu widziałam tyle zwierząt hodowlanych w jednym miejscu! :D


Tyle opowiadania - czas na zdjęcia. Bieszczadzki Park Narodowy wystosował jednoistotowy komitet powitalny w składzie: salamandra plamista i jej niemieszczące się na ścieżce ego. Po przywitaniu i upamiętnieniu przemiłego spotkania poszłyśmy dalej - salamandra niewzruszona, dumna i nieczuła na komplementy pozostała na swoim miejscu, nie zwracając uwagi na trzech  wędrowców.


Bieszczadzki Park Narodowy
Salamandra plamista - pod ścisłą ochroną

Kiedy strome podejście wśród drzew się kończy, wyłaniają się takie widoki:

w kierunku Małej Rawki - szlak zielony / Bieszczady
w kierunku Małej Rawki - szlak zielony / Bieszczady

w kierunku Małej Rawki - szlak zielony / Bieszczady

w kierunku Małej Rawki - szlak zielony / Bieszczady

Po chwili ukształtowanie terenu zmusza nas do zejścia nieco niżej - w las i mgłę:

Mgła w Bieszczadach - w drodze na Małą Rawkę

Mgła w Bieszczadach - w drodze na Małą Rawkę
 Kolejni uroczy mieszkańcy Parku:

Goryczka (gencjana) - pod ochroną
Goryczka (gencjana) - pod ochroną

W międzyczasie dotarłyśmy do punktu widokowego na Małej Rawce - drogowskazy, ławeczki, tłum zmordowanych turystów - przesiąkniętych bardziej wilgocią zawieszoną w powietrzu niż potem, zasłaniających się przed wiatrem, naciągających kaptury - mimo wszystko zadowolonych. Z punktu nie widać nic - mgła nie pozwala  nacieszyć się widokiem na Wielką Rawkę i słowacki horyzont, rzucając nam tym samym wyzwanie i zaproszenie na przyszłe wakacje. Zdjęć z tego brak, bo i nie było sensu ich robić, bez zbędnego postoju ruszamy w dół.

 Na początku pusto i stromo, dla bezpieczeństwa - schodki i barierka:

Zejście z Małej Rawki

A potem? Ślisko, stromo, tłoczno. Ludzie niosący maleńkie dzieci lub ciągnący za sobą nieco większe pociechy, młodzież, dorośli, osoby starsze - wszyscy pod górę, ze zmęczonym uśmiechem na twarzy. Wszyscy w górę - my w dół.

Ludzie z daleka się uśmiechają, witają się z nami jak dobrzy znajomi - w końcu jesteśmy w tej chwili jedną wielką bieszczadzką rodziną. Co jakiś czas słyszymy: "Daleko jeszcze?" - zgodnie z prawdą odpowiadam, że dość stromo, ale szczyt już bardzo blisko.

Zaczynam odczuwać ulgę, że wybrałyśmy tamtą trasę - ta z punktu widokowego na Małej Rawce do Bacówki PTTK była ekstremalnie zatłoczona, a tam - tylko my trzy. Jest bardzo stromo, ale cieszę się, że trasa spada w dół - jeszcze jedno napięcie mięśni nóg w celu zrobienie kroku pod górę skończyłoby się paraliżem (tak, wyolbrzymiam, ale tak to wtedy widziałam). Z wielkimi uśmiechami i radosnym "dzień dobry", zmuszone ukształtowaniem terenu niemalże zbiegamy w dół (bardzo niebezpiecznie, na tą chwilę nie polecam). Inni turyści serdecznie komentują - Dziewczyny zbiegają jak sarenki. Oni jeszcze nie wiedzą jaka trasa przed nimi, my za to zostawiamy mękę i mgłę za sobą - patatajamy dalej - jako te trzy Bambi.


 Nareszcie las się przerzedza, docieramy do Bacówki Pod Małą Rawką. Tłumy. Koty. Pieski. Tłumy rozsiadły się na ławeczkach, posnęły na ziemi w przyjemnym słońcu, obwarowały bacówkę, miejsce na ognisko, otoczyły psiaki, skupiły się na zwabieniu czarnego kotka - drugi czmychnął za budynek.

Marząc o łóżku, prysznicu i wodzie, nie wiedząc gdzie tak dokładnie jesteśmy i ile jeszcze do naszego pensjonatu w Wetlinie, wybieramy jedną z dróg i kolejny raz ruszamy gdzie nogi poniosą. Drzewa parują mniej intensywnie, mgła utrzymuje się już tylko przy szczytach.


Okolice bacówki PTTK - "Pod Małą Rawką"
Przepraszam - tu była droga, a teraz się urywa... Co dalej? :)

Bieszczadzki Park Narodowy

Bieszczadzki Park Narodowy - coraz niżej...

I jeszcze niżej...


Wkrótce okazuje się, że postawiłyśmy na dobry kierunek - ruszamy ku cywilizacji.


Z racji na warunki pogodowe nie poznałyśmy pełnych uroków zielonego szlaku, mimo wszystko zgodnie uznałyśmy wyjazd za bardzo udany.

W tym roku planujemy wrócić w góry - tym razem celując w cudowną Połoninę Caryńską. Już nie jako kompletne świeżaki. :)


A ilu z Was zaprzyjaźniło się już z Bieszczadami?


Translate