piątek, 31 stycznia 2014

Suomi - fińskie pocztówki i snail mail


Photo: Esko Parssinen, Arto Komulainen, Markku Wiik, Kaisa Siren, Rodeo (pocztówka z Kajaani)



Jak już zauważyliście dzisiejszy wpis poświęcony jest pocztówkom z Finlandii (a właściwie jedynie tym kilku sztukom które posiadam). Jako, że blog początkowo miał być związany z postcrossingiem, a takiego tematycznego wpisu dawno nie było postanowiłam dziś właśnie pokazać Wam kilka kartek z tego kraju. A drugi powód, to wczorajsza przesyłka od mojej pen-pal friend z Finlandi. :) Zapraszam.


Stucco Mask, Cancuen, 750 - 800 A. D.
 Powyższa pocztówka pochodzi z fińskiego muzeum Didrichsen, ta stiukowa maska została odkryta w ruinach dawnego Cancuen (Gwatemala). Ruiny miasta odkryto dopiero w 1905 roku! Jak już wspominałam kiedyś, interesuję się szeroko pojętą kulturą - nie tylko współczesną, ale i antyczną - uwielbiam archeologię, więc ta pocztówka jest jedną z moich ulubionych w kolekcji. :)

Moominpappa

 Jak wiadomo Finlandia istnieć nie może bez swych ulubionych maskotek - Muminków (a Muminki bez niej). Zdarzyło mi się niegdyś - wcale nie tak dawno - odbywać praktyki w rzeszowskim Muzeum Dobranocek. Z zachwytem zaobserwowałam, że nasze małe polskie szkraby Muminki znają i lubią, ale oglądanie wystawy z Reksiem, Bolkiem i Lolkiem, a nawet Jackiem i Agatką (dzieci przecież tej bajki już nie pamiętają!) sprawiało im znacznie większą frajdę.

Szczypta informacji o "Muminkach" czyli to co pamiętam z muzealnego planu oprowadzania: pierwsza książka o Muminkach powstała w 1945 roku, a polska wersja serialowa w latach 1977 - 1982, w Studiu Małych Form Filmowych (Se-Ma-For) z Łodzi. Na początku były to "Opowiadania Muminków", a potem w latach 1990 - 1991 - "Muminki". Przodkami tych małych stworków były skandynawskie Trolle. Fińska pisarka Tove Jansson na swych pracach zamiast podpisu umieszczała znak graficzny - małego stworka, pierwowzór dzisiejszych Muminków. 


 

Te wcześniej wymienione trzy kartki, to moje ulubione fińskie pocztówki (daruję sobie skanowanie innych, które chociaż stamtąd pochodzą, mają znaacznie mniej wspólnego z Finlandią)

Przejdę może teraz do przesyłki o której wspominałam na początku. Taki sympatyczny upominek zawdzięczam Helmi (Thanks!) i z tego miejsca zapraszam Was na jej bloga, poświęconego właśnie takiemu sposobowi na poznawanie innych kultur jak snail mailing i wymiany pocztówkowe. 

Dzięki Helmi mogę spróbować słodyczy wielkiego fińskiego przedsiębiorstwa Fazer. Firma w Polsce znana, a szkoda, że większość ich produktów niedostępne jest u nas - jak na przykład widoczne na zdjęciu SukuLaku - dziwne (ale smaczne) połączenie lukrecji i kakao. :) Helmi wysłała mi także kilka herbat o wyjątkowych smakach - chyba najbardziej ciekawią mnie te dwie w białych opakowaniach - Hola - o smaku chili i IHQ - o smaku pianek marshmallow.



A teraz czas na gości honorowych, czyli najnowsze pocztówki:


The Moomins, comic book cover by Tove Jansson


Muminków nigdy dość, zwłaszcza jeśli są to Muminki prosto z ich rodzinnych terenów. :) Czy nie uważacie, ze Mała Mi nawet pomimo uśmiechu wygląda tu odrobinę przerażająco? :D



Groke

A tutaj Groke ( nasza Buka, szwedzka Mårran) - chyba najbardziej samotna i nieszczęśliwa bajkowa postać. :(

Flower Fairies, The Estate of Cicely Mary Barke, 2011 / Guelder Rose Fairies

Flower Fairies, The Estate of Cicely Mary Barke, 2011 / Jasmine Fairy

Cała ta urocza seria Flower Fairies do zobaczenia TUTAJ.


Martta Wendelin (1893 - 1986)

Heli Pukki, Sauna


Kirsi Neuvonen, Pihlaja, 1997, 67 x 45


Dwie ostatnie kartki to moi ulubieńcy - szczególnie reprodukcja obrazu pani Kirsi Neuvonen (zapraszam serdecznie na jej stronę!). Jestem bardzo wdzięczna Helmi za te pocztówki, to chyba najlepsze jakie mogła wybrać dla mnie - szczególnie jeśli chodzi o te reprodukcje obrazów i rysunków. Najlepsza droga do poznania kultury i sztuki danego kraju to obcowanie z dziełami lokalnych artystów.

Zachęcam więc Was do podjęcia uczestnictwa w zabawie na postcrossing.com - a mamy (tak, tak Basiu) zachęcam podwójnie! Gwarantuję, że to dobry sposób na rozwijanie zainteresowań dzieci i ukierunkowanie ich pasji na wartościowe przestrzenie otaczającego nas świata. ;)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Stephen King, Peter Straub - "Talizman"


Stephen King, Peter Straub, Talizman;
Prószyński i S-ka;




Głównym powodem dla którego sięgnęłam po Talizman, było jedno z nazwisk z okładki. I nie - nie był to King. Ale zacznijmy od początku.


Jakieś dziesięć lat temu, gdzieś pomiędzy podstawówką a gimnazjum pierwszy raz zachłysnęłam się Kingiem. Doskonale pamiętam pierwszą książkę po którą sięgnęłam - Worek kości. To do dziś mój zdecydowany faworyt (żeby nie powiedzieć unikat wśród prac Kinga) - prawdziwy purpurowy tulipan w gąszczu przywiędłych chwastów. 

Potem było trochę gorzej - Cujo, Colorado Kid, Bezsenność i kilka innych - mimo wszystko wdrapywałam się pod tą stromą górę, niestrudzenie ciągnąc Stephena za sobą, wzywając do żałowania za popełniane grzechy (literackie) i nawołując do postanowienia poprawy. Góra jednak ciągle rosła, a kiedy już myślałam że widzę jej wierzchołek pod postacią niezapomnianego dziełka Pokochała Toma Gordona...

...stoczyłam się kilka metrów w stronę przepaści, potykając się na obślizgłym Miasteczku Salem i Dolores Claiborne

Nie poddałam się jednak i poszłam dalej, a wtedy trud mój się zakończył nagłym pojawieniem się szczytu twórczości Stephena Kinga. Wznosił się ponad moja głową w postaci cudownej Mrocznej połowy. Usiadłam więc na szczycie tej góry, tuż obok pana Stephena, przyglądając się znajomym, wdrapującym się jak niegdyś ja na te strome skały, czasem podrzucając dobry tytuł, aby ulżyć im w cierpieniach. 

Mistrz King jednak nie pozwolił mi odpocząć, podsycał z roku na rok moje zainteresowanie wydając kolejne powieści i zbiory opowiadań. Broniłam się rękami i nogami. Zmuszając mnie do ponownego sięgania po jego twórczość, zmuszał mnie jednocześnie do odpychania w zakamarki pamięci ukochanych obrazów z Mrocznej połowy. Darowałam sobie sporo jego pozycji, aby jak najdłużej pamiętać tylko jego dobrą stronę, aż pewnego dnia - zwyczajnie się poddałam. 

Po trosze z nudy, po trosze z ciekawości. Zaskoczył mnie podczas nudnego wykładu, podjeżdżając wielkim pick-upem w Czarną, bezgwiezdna noc (ci którzy czytali zrozumieją aluzję). Wtedy to czytnik mojej przyjaciółki, z którym nie rozstawałam się później przez kolejne dwa wykłady stał się jabłkiem z ogrodu Eden. Właściwie nie chciałam tego czytać... właściwie nieco żałowałam, bo fascynacja wcześniejszą lekturą Mrocznej połowy powoli ustępowała, pozostawiając po sobie pustkę, którą próbowałam wypełnić Desperacją - z wiadomym skutkiem. Znów runęłam z wierzchołka wyimaginowanej Mount King (analogicznie do australijskiej Mount Kosciuszko). Talizman stał się kolejną rozpaczliwą próbą dostrzeżenia błysku w tunelu (jeszcze nie światła).


Jakiś czas temu Peter Straub zauroczył mnie swoją historią z Zaginiony, zaginiona - książkę przeczytałam już trzy razy, sięgnę po nią wkrótce i po raz czwarty, aby o niej tu napisać. I to właśnie Straub był bezpośrednim powodem, dla którego pogrążyłam się w czarnym i lepkim mule Talizmanu.





Z niemałą bezradnością i jakby nie było niechęcią przyznaję, że po raz kolejny moja wyobraźnie okazuje się niekompatybilna z historią przedstawioną przez Mistrza Horroru. Nie potrafię już oszacować na ile to King nie jest w stanie stworzyć dzieła na miarę tych trzech wspominanych wcześniej, a na ile to ja straciłam gdzieś tą dziecięcą zdolność czerpania przyjemności z samego stwarzania nowych światów i bytów w swojej głowie (ha, chyba jest ich tam już zbyt wiele i te, które organizuję na własne potrzeby przebijają tworzone przez Kinga). 

Z przerażeniem dostrzegam, że aby mnie przerazić czy zaskoczyć Stephen King musiałby posunąć się jeszcze dalej, nawet gdzieś za granicę tych obrzydliwości opisywanych w Worku kości. Rasizm? Okej. Gwałty? Dobra. Morderstwa? Spoko. Seks z trupem? Czemu nie. Miałam nadzieję, że ten moment nie nadejdzie nigdy, chociaż tak na prawdę zdawałam sobie sprawę z jego trwania. Czym wiec teraz chce zaskoczyć czytelnika King? Wilkołakiem? Wrzodami i chorobą popromienną? Chodzącymi drzewami? 
What the hell?

Kończąc ten wątek - taka osobliwa obojętność na podłość i ohydę powoduje pewne zmiany w postrzeganiu literatury. Odkąd przestały mnie obrzydzać cuchnące wnętrzności i najobrzydliwsze zbrodnie, zaczęłam być wyczulona na piękno pewnych treści literackich i samego języka (niedługo o tym opowiem). Jak widać wszystko ma swe dobre strony, chociaż pozornie nijak nie można się ich dopatrzeć.


Jak już wcześniej wspomniałam - w Talizmanie pojawiają się mało sympatyczne stwory, chodzące drzewa, a na dodatek główny (12 - letni) bohater ma pieszo przebyć ciągnącą się przez całe Stany, dłuugą i naszpikowaną zasadzkami drogę z jednego hotelu do drugiego (ach te przebrzydłe, tajemnicze, złowrogie hotele!). Drzewa, mały chłopiec i długa droga przynosiły skojarzenia z jedynym właściwym utworem o takiej tematyce (Panie Frodo, wrzuć pierścień do ognia!). Dwunastoletni Jack Sawyer przy pomocy magicznego napitku (a potem już zupełnie na trzeźwo!) przenosi się do równoległego świata - Terytoriów. Wszystko jest tam całkowicie inne niż w znanym nam świecie, pozornie nie można znaleźć wspólnego punktu (to tak jakbyście weszli do dziekanatu!), jednakże te dwa światy łączą niektóre postacie - egzystujące w Burgerlandzie i w Terytoriach (jako tzw. dwojniacy - czy jakkolwiek odmienia się to ustrojstwo). Taką istotą jest wuj Jacka - Morgan Sloat aka Bloat aka Morgan z Oriis. Zły, podstępny, a przede wszystkim niesłychanie chciwy i zazdrosny. Ścigają się więc, ocierają, tłuką, robią dziwne, magiczne sztuczki, przechodzą z jednego świata do drugiego - wszystko to przez bite 750 stron.

Stephen King nie nauczył się jeszcze, że - niezależnie od tego co mu wmawiają fani - wcale nie potrafi wniknąć w psychikę dziecka. Dlatego też jego dzieci są zawsze nad wyraz dojrzałe, dzielne, opanowane, oczytane i ogólnie zachowują się jak na porządnych czterdziestolatków przystało. Jack pomimo swoich 12 lat, bierze na swe barki niemalże atlasowy ciężar i przemierza razem z nim Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Najpierw z  magicznym napitkiem. Potem z wilkołakiem. Na końcu ze swym starym (dwunastoletnim) przyjacielem Richardem. Richard poza byciem psiapsiółą głównego bohatera, zajmuje się też zawodowo byciem synem złego Morgana (to z przekonania), a z zamiłowania jest osobą uwielbiającą skrajne zachowania - najpierw jest więc niemożliwie poważny i dzielny, a w następnej (dosłownie) sekundzie przemienia się w rozhisteryzowane dziecko w zmoczonych portkach.


Talizman ma cały szereg wad, na które nie da się przymknąć oczu. Nie w zestawieniu z tymi nazwiskami (po których chyba oczekujemy przynajmniej małego dreszczyku emocji). Utwór jest w miarę znośną baśnią, ale horror czy powieść grozy z niego żadna. Męczymy się więc w trakcie czytania tak jak dwunastoletni (sic!) Jack-O męczył się w trakcie ratowania świata.






przeraźliwie bezradne i smutne
5,5 / 10





~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~ 

A czy słyszeliście o planowanej i porzuconej ekranizacji? Najpierw Talizman miał być mini-serialem, potem filmem, a w końcu utknął w martwym punkcie. Liczę na wznowienie pracy i z nieukrywaną przyjemnością zobaczę jak twórcy wybrną z Kingowych opisów akcji i ile pieniędzy pochłonie ta ekranizacja.






__________________________________________________


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


niedziela, 19 stycznia 2014

Edgar Allan Poe - podsumowanie wyzwania.







Dziś - w dzień urodzin E.A.P. kończy się wyzwanie dotyczące jego twórczości.
Bardzo serdecznie dziękuję dziewczynom, które się do mnie przyłączyły i postanowiły uczcić ten dzień lekturą jego wierszy, czy opowiadań.

Tak jak pisałam w regułach wyzwania, chciałabym którąś z uczestniczek nagrodzić jakimś malutkim upominkiem... :)

Za wielki entuzjazm i przeczytanie sporej liczby opowiadań chciałabym wyróżnić Edytę z Zapisków spod poduszki.

Ale, ale - na tym nie koniec, ponieważ z wielką przyjemnością czytałam recenzje Wiki z Literaturomanii, jestem też pewna, że dzięki nim wiele osób - czytelników bloga Wiki, sięgnęło lub sięgnie kiedyś po twórczość Poego - a z tego jestem bardzo dumna.

Dziewczyny, proszę Was o dane adresowe.

Wszystkim uczestniczkom raz jeszcze z głębi obu komór i obu przedsionków dziękuję za udział w wyzwaniu. :)

________________________________________________________



A fanom dobrej muzyki polecam świetną stronę, którą katuję od południa:



Usłyszycie tam bardzo piękne utwory jazzowe, w tle których przyjemnie rozbrzmiewa dźwięk padającego deszczu.
Autorzy strony piszą o wielu zaletach takiej "deszczowej muzyki" :
  • polepszenie koncentracji
  • relaks
  • pomoc w zasypianiu

 Dla mnie natomiast największe zalety tej strony to:
  • Kenny G
  • Saksofon i deszcz
  • Ne me quitte pas







niedziela, 12 stycznia 2014

Palcem po mapie - Sanok




 O świcie i o zmroku, o świcie i o zmroku.
W południe, w nocy o świcie.
W Skarżysku i w Sanoku, w Skarżysku i w Sanoku.
Ty mnie pokochaj nad życie...
;)



Sanok to śliczne małe miasteczko na południowym wschodzie Polski. Poza piękną architekturą, wspaniałym Muzeum Historycznym i bardzo dużym Skansenem, Sanok wyróżnia się także tym, że jest to jeden z najstarszych na świecie ośrodków  górnictwa naftowego.

Z Sanokiem związanych było i jest wiele wyjątkowych osób, które w pewnej chwili pojawiły się w moim życiu i wywarły na nie i na moje zainteresowania istotny wpływ. Są to miedzy innymi: wybitny artysta Zdzisław Beksiński, malarz i fotograf Władysław Szulc, filozof i wykładowca Witold Nowak, etnograf Roman Reinfuss oraz etnograf i muzealnik Franciszek Kotula.


Po drugiej wojnie światowej w 1958 roku w Sanoku założono Muzeum Budownictwa Ludowego - był to pierwszy i największy skansen w Polsce. Muzeum podzielone jest na sektory, ukazujące zwiedzającym dorobek kultury materialnej Pogórzan, Dolinian, Łemków i Bojków. W skansenie zostały odtworzone typowe układy zabudowy wsi i zagospodarowania zagród, w jego skład wchodzi około sto obiektów budownictwa drewnianego z okresu od XVII do XX wieku.

W Muzeum kręcono między innymi fragmenty serialu 1920. Wojna i miłość oraz Syberiady polskiej Janusza Zaorskiego.


Po więcej informacji zaglądnijcie na:





















 





















 Co bym jeszcze mógł powiedzieć o tym moim Sanoku? To jest takie jakieś pioruńskie miasto – jak gdzieś złapiesz kogoś z Sanoka, to on nie wita cię na „cześć”, tylko rzuca się od razu na szyję i wtedy zaczyna się szaleństwo jedyne w swoim rodzaju. Jeszcze Lwów jest taki... A ze Lwowem też jest swoista historia, bo ten lwowski Tońko, który tak gadał na tej lwowskiej Piątej fali, to on, piorun, przecież też z Sanoka był! Nawet jak studiowałem w Oxfordzie i wkuwałem ten angielski język, to mi mówili: W twoim języku to jakieś takie brzmienie jest – albo lwowskie albo sanockie... Sanoczanie wszędzie identyfikują się bardzo szybko, z jakąś dziwaczną łącznością, z czymś, co nie da się określić słowami. 

~ Zdzisław Peszkowski


niedziela, 5 stycznia 2014

Michael Grant - "Gone: Zniknęli. Faza pierwsza: niepokój".




Michael Grant - Gone: Zniknęli. 
Faza pierwsza: niepokój;
Wydawnictwo Jaguar, 2009;



Matko i córko, co też mnie podkusiło do zaczynania sześciotomowej serii dla nastolatków na trzy tygodnie przed sesją? A, no tak - Basia Pelc z Czytelni. :D


Nastawiłam się na przygodę tygodnia i... ech. Recenzja z przymrużeniem oka
fanów proszę o czytanie przez palce. Tych którzy nie czytali Gone... o wnikliwą analizę.

Będzie troszkę ironii, a mszcząc się na swej naiwności i ufności względem tej lektury pobawię się w Astrid i będę podstępnie edukować młodzież. Kiedy złapiesz się na tym, że dowiedziałaś/eś się właśnie czegoś nowego - zjedz kawałek czekolady. Łatwiej zapamiętasz informację.


Świat bez dorosłych - raj czy piekło?



W świecie przedstawionym przez Granta pewnego dnia znikają wszyscy, którzy ukończyli 15 rok życia. Przychodzą twoje urodziny, wybija dokładna ich godzina - (Co do sekundy! Przecież Akt Urodzenia wypełniają naukowcy z NASA, stojąc z krótkofalówkami pod zegarem pulsarowym - i tu punkt pierwszy podstępnej edukacji - zegar pulsarowy jest 10-krotnie dokładniejszy od zegara atomowego, został skonstruowany przez polskich naukowców ku czci i chwale Heweliusza i po raz pierwszy zawisł w naszym pięknym Gdańsku.) i *puff* - znikasz. 

Żal mi bardzo z tego powodu, bo jako 21-letnia staruszka, już bym się nie załapała do tego cudownego miasta w którym zuchwałe dzieciaki bez krzty rozumu, poczucia wspólnoty i chęci współpracy mordują się wzajemnie. No, może nie mordują... chociaż? Zabijają (czasem z premedytacja, czasem bez).  Przez całą noc, w trakcie czytania tej książki czułam pustkę w głowie i w żyłach. Wiecie jak to jest, kiedy autor zbuduje naprawdę świetny obraz, do którego chciałoby się wskoczyć i krzyknąć "Siemacie, mogę się z wami pobawić?" - jak na przykład zrobiła to Rowling w "Harrym Poterze". Tak, że myśli się plątają, krew płynie szybciej, wchłaniacie treść jak gąbka wodę. A tutaj? Miałam w głowie jedną samotną myśl, płynącą w mej pamięci jak Muminek z Migotką na chmurce i odbijającą się z echem:



 Dzieci nie są zwyczajnie złośliwe, one są złe


Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ale w tym wypadku prawdziwość tych słów cudownego niemieckiego psychiatry, neurologa i - możemy chyba powiedzieć - filozofa Zygmunta Freuda potwierdza się na każdej stronie książki.

W każdym razie - tajemnicze zniknięcie spotka każdego kto ukończył magiczną piętnastkę (I pomyśl, nie masz nawet nadziei na urządzenie My sweet 16!). No chyba, że powiesz.... co? Nie zgadlibyście jak można uniknąć odpłynięcia w świat kwarków i kwazarów. Sama byłam pod wrażeniem... - a konkretnie pod wrażeniem tego, jak autor szybko potrafi stracić wątek i przejść do kolejnego bez wyjaśniania wcześniejszych, lub po prostu urywając je jakąś kiepską, marną pointą. Nastawia czytelnika na wydarzenia, których epickość przebije podniesienie pickupa przez Edwarda Cullena... a potem nagle - cisza kabla - jak komentował swego czasu Andrzej Janisz (komentator sportowy, dziennikarz). Żeby to jakoś zobrazować wyobraźcie sobie, że Tolkienowska bitwa o Helmowy Jar kończy się po 120 sekundach słowami "Albo nie. Wracajcie do Isengardu." A tyle czasu zbiegło na przygotowaniach! Tak sie poczułam, kiedy odkryłam jak pozostać w ETAPIE (Ekstremalnym Terytorium Alei Promieniotwórczych - och jaka piękna nazwa!)

ETAP, to powierzchnia z której nie ma ucieczki. Przez cały czas uważałam, że to coś w rodzaju bańki mydlanej z elektrownią pośrodku, ale nie - wyprowadzę już z błędu tych, którzy zechcą sięgnąć po tę lekturę - ETAP ma kształt WALCA i jest otoczone błyszczącą membraną pod napięciem. Ojoj, taki smuteczek.

Historia toczy się więc wokół problemów dotyczących małoletnich mieszkańców - zdarzają się ciekawe wątki, nie powiem że nie - na przykład kiedy Sammy (główny bohater) uświadamia sobie, że przecież obok niego mieszkała samotna matka z maleńkim dzieckiem (rychło w czas - po kilkunastu dniach od zniknięcia dorosłych). Zdajecie sobie sprawę jak skończyło to biedne dziecko? Cały utwór ratuje w cudowny sposób Lana Arwen Lazar (może dlatego, że jest elfką i ma mega ciachowego ojca Elronda? A nie, to nie ta książka...). Wszystko co kręci się wokół niej jest znośne, żeby nie powiedzieć przyjemne w odbiorze (bo jednak czasami to bardzo przykre sytuacje).

Z Laną łączy się pewien wątek o którym chciałabym tu wspomnieć. Nie tak dawno omawiałam tu Desperację Stephena Kinga. Kojoty? Kopalnia? Magiczne złe moce? Brzmiało znajomo kiedy czytałam o tym w Fazie pierwszej..., a to dlatego, że to samo działo się w Desperacji! Och, a potem przeczytałam fragment wypowiedzi Kinga, w którym zachwala serię Gone i mnie serce zabolało. Panie Steve, a czytał ją pan, czy tak tylko plecie? Gdyby nie te (znowwuuuuu) kojoty i (znowwuuuu) szyb kopalniany, pewnie dystans do Granta byłby mniejszy. Ale dla Lany - ciągle 8 pkt na 10.


Co do innych - w wielu książkach przewija się pewien charakterystyczny podział bohaterów:
a) dobry charakter
b) jego kobieta
c) zły charakter
d) mózgowiec 
e) wkurzający typ


Grant zdruzgotał mnie wręcz swym zaskakującym chwytem literackim, w którym ukazuje następujące kategorie postaci:
a) dobry wkurzający typ
b) zły wkurzający typ
c) wkurzający typ
d) najbardziej wkurzający typ ever
e) masa drugoplanowych mega wkurzających typów


Nagrodę dla "mendy roku" dostaje Quinn - najlepszy przyjaciel głównego bohatera - Sama - za bycie dwulicowym bucem, tchórzem i miernotą. 

Największą sympatię wzbudza Caine - inteligentny, zaradny, odpowiedzialny (no, w porównaniu z pozostałymi). Na początku wydaje się, że to on pociąga za sznurki, jednak tak nie jest - niestety daje się wykorzystywać swojej (nieoficjalnie) dziewczynie i szalonemu kumplowi. Bardzo szybko też okazuje się, że to właśnie on będzie grał w Perdido Beach rolę czarnego charakteru. A szkoda, zapowiadał się na wybawcę narodu ( Z matki obcej: krew jego dawne bohatery, a imię jego będzie czterdzieści i cztery - Dziady,Adam Mickiewicz :)).

W każdym właściwie (poza kilkoma wyjątkami jak Quinn, Drake, Orc i im podobni) możemy dostrzec złe i dobre strony. Każde postępowanie możemy jakoś racjonalnie wytłumaczyć i ostatecznie  wybronić.

Ciągle jednak czuję niedosyt po pierwszej części. 
Ale to na pewno nie znaczy, że się poddaję - zapewniam, że sięgnę po wszystkie pozostałe. :)


Stworzyłam nawet pewien plan, tego jak prezentowały się moje odczucia względem książki, w trakcie jej czytania:































Podsumowując, powiem że wcale nie było tak tragicznie! Chciałam się wyluzować - wyszło! Udało mi się nie napisać ani linijki prac zaliczeniowych. Juhu! ;_;




Oj tam, oj tam:
4,5 / 10


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wyzwania:





czwartek, 2 stycznia 2014

Petra Reski - "Mafia"


Petra Reski, Mafia;
Olimp Media;
Poznań 2009



Z okładki:

Ten reportaż śledczy trzyma w napięciu jak prawdziwy kryminał.


Petra Reski opisuje w nim mechanizmy funkcjonowania włoskiej mafii - obszary przestępczej działalności, hierarchię, sposoby prania brudnych pieniędzy. Opowiada również o statusie członków mafii  we włoskim społeczeństwie - zarówno bossów, jak i zwykłych "żołnierzy" - a także demaskuje powiązania mafiosów z duchownymi. Sporo miejsca poświęca też kobietom mafii.
Ocenzurowanie książki (nakazem niemieckiego sądu pewne fragmenty zostały usunięte) zdaje się potwierdzać wysuwaną przez jej autorkę tezę, że macki włoskiej mafii sięgają aż do Niemiec.


Petra Reski
Mogłoby się zdawać, że książka o której dziś piszę, nie będzie mogła trafić do szerszego grona odbiorców tak łatwo, jak robią to publikacje będące wytworem kultury masowej... Nic bardziej mylnego!


Mafia to dla mnie zdecydowanie jedna z tych książek, po którą wraca się do płonącego domu. 


Przede wszystkim - co należy szczególnie zaznaczyć - jest to śledztwo dziennikarskie dotyczące działalności włoskich organizacji przestępczych. Powiecie może, że nie każdy przepada za reportażami, że śledztwa dziennikarskie mają przede wszystkim cel informacyjny, publicystyczny, ale nie można ich traktować jak innych książek, w które zagłębiamy się dla samej przyjemności czytania. 
Shobha
Jeśli tak uważacie - ta książka jest dla Was! Mafia wciąga niczym najlepszy kryminał, porusza jak prawdziwy thriller, a na dodatek - nie jest fikcją literacką!


Petra Reski jest niemiecką dziennikarką o polskich korzeniach, od ponad dwudziestu lat mieszka we Włoszech. To bezpośrednie obcowanie z poruszanym przez siebie problemem jest tak wyraziste w jej pracy! A przede wszystkim - potrafi chwycić za serce.

Autorka posługuje się cudownie bezpośrednim językiem, nie stroni od kolokwializmów - ukazuje prosty świat, z bardzo złożonymi problemami. Opowiada o wydarzeniach, których bardzo często sama była świadkiem w taki sposób, że mamy wrażenie jakbyśmy odkrywali sekrety włoskiej mafii ramię w ramię z autorką, jej przyjaciółką - Shobhą - sycylijską fotograficzką (córką niesamowitej Letizii Battagli!) i ich towarzyszem - Salvo - taksówkarzem z Palermo.



Pytanie, które po opublikowaniu niniejszej książki najczęściej zadawali mi niemieccy czytelnicy, brzmiało: "Czy grożono już pani?". Zawsze odpowiadałam na to z pewnym wahaniem. Rzeczywiście, w trakcie moich poszukiwań grożono mi trzy razy. Pierwszy raz w Corleone. Drugi - w kalabryjskiej wiosce San Luca. I ostatnio w Erfurcie. Podczas wieczoru autorskiego. I to właśnie spowodowało, że przełamuję w tym wypadku moją niechęć do mówienia o groźbach. To, co spotkało mnie w Erfurcie, stanowi bowiem dla mnie moment przełomowy. W Corleone i w San Luca, we Włoszech, grożono mi, ponieważ znajdowałam się na "ich" terytorium. I dlatego zaskoczyło mnie, gdy podczas wieczoru autorskiego w Erfurcie, w Niemczech, wstał pewien Włoch i wypowiedział klasyczną mafijną groźbę: "Podziwiam pani odwagę, naprawdę podziwiam pani odwagę!".

fragment przedmowy do trzeciego wydania  Mafii



Mafia Petry Reski to pozycja którą polecam wszystkim moim znajomym i jeden z pierwszych tytułów który przychodzi mi do głowy po usłyszeniu pytania o ulubioną książkę. Czyta się ją błyskawicznie - wywiady z mafiosami, ich rodzinami, ludźmi uwikłanymi w ciemne interesy wciągają niczym dzieła Arthura Conan Doyle'a. Książka jest bardzo łatwa w odbiorze, nie trzeba mieć praktycznie żadnej wiedzy na temat światka przestępczego, aby czerpać z czytania ogromną przyjemność, a przede wszystkim szeroki ogląd na sytuację społeczeństwa włoskiego, które narażone jest na niesprawiedliwość, niebezpieczeństwo, często i zagrożenie życia. Mafia ukazuje realne zagrożenia i problemy, rozrastające się w błyskawicznym tempie poza Italię. Po przeczytaniu tej książki opada kurtyna z malowniczym krajobrazem Toskanii, czy słonecznym nadbrzeżem Portofino, widzimy wyraźnie, że życie we Włoszech to nie bajka (no dobrze... dla mnie - choćby się waliło i paliło Włochy to bajka i urzeczywistnienie moich marzeń architektonicznych i kulturowych).


Zdecydowanie polecam WSZYSTKIM!


A przed przeczytaniem, posłuchajcie: 












Tym razem obiektywne:
9/10


środa, 1 stycznia 2014

Gary Richard Thompson - The Selectet writings of Edgar Allan Poe




Nowy Rok zaczynam z kubkiem ciepłej herbaty i z wspaniałą lekturą. 

Mój styczeń minie pod patronatem Edgara Allana Poego, nie tylko ze względu na króciutkie - bo trwające tylko 18 dni wyzwanie czytelnicze - E. A. Poe - do którego serdecznie zapraszam, ale przede wszystkim przez 205 rocznicę urodzin tego wspaniałego poety, którą obchodzić będziemy 19 stycznia.

~~*~~          ~~*~~          ~~*~~

The Selectet writings of Edgar Allan Poe, edited by: G. R. Thompson (Purdue University);
Seria: Norton Critical Edition; 
Norton, W. W. & Company, Inc.;
November 2003
Język: angielski


Co to takiego? Jak widać na załączonym obrazku - 1024 strony czystego szczęścia. :)

Każda przedstawiona nowela czy wiersz, opatrzone są wprowadzeniem, uwagami i przypisami Thompsona, co w dużej mierze ułatwia odbiór dzieła, zapoznaje czytelnika z historią i faktami dotyczącymi określonego tematu, objaśnia, a często nawet i tłumaczy na współczesny język niezrozumiałe już przez dzisiejszych anglojęzycznych czytelników słowa. W pogłębianiu zagadnień związanych z twórczością i życiem Poego pomaga obszerna bibliografia (z której nie omieszkam skorzystać... :)).

Poza uwagami Thompsona, książka zawiera także prace innych autorów, dotyczące życia i twórczości Poego (bardzo często są to znani amerykańscy poeci, czy badacze literatury, m. in.: James W. Gargano, Joseph J. Moldenhauer, Paul John Eakin, J. Gerald Kennedy i wielu innych).

Wiersze Poego znałam już dawniej, ale korciły mnie pozostałe treści zawarte w tym zbiorze - głównie wspomniane wcześniej eseje amerykańskich badaczy.

Dla wielbicieli Poego - książka jak znalazł, pozostałym  raczej bym jej nie poleciła. Przede wszystkim jest to potężna księga (1024 strony), większego formatu niż inne popularne książki. Niektóre fragmenty publikacji naszpikowane są fachowymi nazwami, których nijak nie mogłam rozszyfrować, dlatego słownik polsko-angielski miał sporo roboty... :) Można po nią sięgnąć dla samych wierszy Edgara w oryginalnej formie - jednak jestem przekonana, że nie każdego zainteresują zawarte tam publikacje historyków i badaczy literatury - z tej więc perspektywy - po co kupować / wypożyczać wielkie tomisko, kiedy można sięgnąć po inne wydania - zawierające tylko wiersze. Ta zdecydowanie nie jest lekturą, z którą można usiąść i przeczytać od deski do deski, tak jak robimy to z literaturą popularną.



Gratka dla wiernych fanów Poego
10/10

(pozostałych czytelników nie zachęcam)



Translate