niedziela, 30 listopada 2014

Amelie Nothomb - Biografia głodu


Amelie Nothomb, Biografia głodu;
Wydawnictwo MUZA SA,
Warszawa 2005



Dziś wracam do jednej z moich ukochanych autorek - Amelie Nothomb. Do tej pory mogliście przeczytać tu o moich wrażeniach po lekturze Kosmetyki wroga i Higieny mordercy -  obie pozycje ocenione przeze mnie bardzo wysoko, tkwią w zakamarkach mej pamięci do teraz.

Podobnie rzecz ma się z Biografią głodu, bo także i tutaj autorka nie pozwala nam się zawieść na swojej twórczości.

Książkę o której dziś mowa, śmiało możemy uznać za powieść autobiograficzną. Amelie jest córką dyplomaty i jak się domyślacie bardzo wcześnie zaczęła zbierać różnorakie doświadczenia związane z odmiennością kulturową, zwyczajami, polityką i ogólnym podejściem ludzi do życia, a wszystko to zaowocowało ogromnym bagażem doświadczeń, którymi to autorka dzieli się z nami miedzy innymi właśnie w Biografii głodu.


Głód to ja - wyznaje Amelie Nothomb już na jednej z pierwszych stron. Nie jest to jednak łaknienie dotyczące jedzenia - a raczej NIE TYLKO. Owszem, wielokrotnie poruszana jest tutaj kwestia problemów żywieniowych autorki oraz jej walki - raz z otyłością, potem z anoreksją. Przedstawiony tutaj głód dotyczy jednak wszystkiego, czego deficyt odczuć może człowiek na własnej skórze, a raczej we własnym wnętrzu - uczuć, emocji, poznania.
Dla mnie głód to ów przerażający brak odczuwany całą istotą człowieka, ta trzymająca w kleszczach pustka, to dążenie nie tyle do utopijnej pełni, ile do zwykłej rzeczywistości; błaganie, by tam, gdzie nie ma nic, coś było.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Sławomir Koper - Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej


Sławomir Koper, Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej;
Wydawnictwo Bellona,
Warszawa 2009-2014


Książka o której dziś mowa skradła moje serce już jakieś trzy lata temu, kiedy to korzystałam z jej fragmentów przygotowując prezentację na zajęcia z nowożytnej historii Polski. Od tamtego czasu wielokrotnie wracałam myślami do uczuciowych perypetii Marszałka, silnej ręki Jadwigi Beck, brydżowych wieczorków i seansów spirytystycznych. I nareszcie - nareszcie udało mi się zdobyć własny egzemplarz. Uwielbiam książki historyczne i wspomnieniowe, a Życie prywatne... dodatkowo już zawsze będzie przenosiło mnie w okres interesujących i przyjemnych zajęć, z moją późniejszą panią promotor. 

Myślę, że wiele osób zgodzi się ze mną, iż książki o międzywojennej i powojennej historii Polski wyjątkowo Bellonie się udają, a publikacja o której dziś wspominam, jest doskonałym tego przykładem.

Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej - sam tytuł mówi już o wszystkim, co znajdziecie w tej małej książeczce. Autor pochyla się tu nad sekretami domowego zacisza (i sypialni...) Józefa Piłsudskiego, Bolesława Wieniawy - Długoszowskiego, Ignacego Paderewskiego, Edwarda Śmigłego - Rydza, Stanisława Wojciechowskiego i Ignacego Mościckiego.
Spomiędzy opisów tych barwnych relacji wyłania się obraz życia elit narodu. Choć niższe "warstwy" społeczeństwa zmagały się z trudami egzystencji, to życie elit było bardzo bogate i nad wyraz wystawne.

sobota, 27 września 2014

Sabiha Al-Khemir - "Błękitny Manuskrypt"



Sabiha Al Khemir - Błękitny Manuskrypt;
Wydawnictwo LAMBOOK;
Kraków 2012


Poza wiarą, poza brakiem wiary, 
Poza wątpliwością, poza pewnością...
Rumi     


Salam alejkum!
 
Błękitny Manuskrypt to historia, w której współistnieją obok siebie dwie płaszczyzny - współczesność oraz starożytność. Z jednej strony jesteśmy świadkami procesu tworzenia błękitnego rękopisu Koranu, widzimy starania i inspiracje kaligrafa, śledzimy tok jego myśli, patrzymy dosłownie na to, jak spod jego rąk wyłania się prawdziwe dzieło sztuki. Z drugiej zaś strony towarzyszymy grupie zupełnie już współczesnych badaczy - archeologów w ich ekspedycji w północnej Afryce.

W małej egipskiej wiosce Wadi Hassun spotyka się grupa ludzi różnych narodowości, języków, wyznań, a przede wszystkim charakterów. Czy brytyjski profesor, niemiecki konserwator zabytków, japoński geodeta, brytyjski student, tłumaczka o angielsko-tunezyjskich korzeniach, włoska archeolog i ich nowi, arabscy znajomi będą w stanie znaleźć wspólny język? W końcu łączy ich tylko jedno - wspólny cel wielotygodniowych badań - odnalezienie tajemniczego zabytku islamskiej kaligrafii jakim jest wyjątkowy rękopis Świętej Księgi.

Celem, który stawiają sobie bohaterowie, jest odnalezienie starożytnego rękopisu i to jemu podporządkowana jest cała fabuła. Nie liczcie na nagłe zwroty akcji zapierające dech w piersiach, o nie! Archeolodzy dostają zadanie od brytyjskich marszandów i kopią, kopią, kopią do skutku. A skutek ciągle marny. Mijają tygodnie, ginie entuzjazm badaczy, przygasa zainteresowanie nową kulturą i fascynacja egzotyką krajobrazu. Wszyscy powoli tracą nadzieję na odnalezienie zabytku, czas archeologom zaczyna się dłużyć, a razem z nimi także i czytelnikowi.

sobota, 20 września 2014

Elżbieta Cherezińska - "Korona śniegu i krwi"




Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi;
Wydawnictwo ZYSK i s-ka,



Nie daj Boże
zjazd Piastowski!




Korona śniegu i krwi - pierwsza część cyklu Odrodzone Królestwo to książka, która zauroczyła mnie zaraz po skończeniu lektury, ale już po odłożeniu jej na półkę, bardzo długo nie mogłam znaleźć tych kilku konkretnych słów którymi można ją scharakteryzować.


Przede wszystkim to co rzuca się w oczy pierwsze - objętość i okładka. Ogromne tomiszcze cudownie prezentuje się na półce, a okładka - identycznie jak w przypadku Parabellum - wprost zachwyca! Ilustrację i projekt graficzny okładki opracował Adam Szczepański - za co cześć mu i chwała na wieki wieków.

Treść właściwa utworu rozpoczyna się wraz z rokiem 1272, chociaż poprzedzają ją dwa krótkie opisy nieco dawniejszych wydarzeń. Polska rozbita na małe księstewka dzielnicowe - tak jak i większa część Europy zanurzona jest w ciągłych wojnach, misternie zaplanowanych mariażach i przymierzach. Wszystkiego tego jesteśmy naocznymi świadkami i mało tego - obserwujemy wydarzenia z perspektywy wielu bohaterów, co jest doskonałym zabiegiem dla książki traktującej o nie do końca pewnych i mglistych czasach naszej historii.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Paul Russell - "Zmyślone życie Siergieja Nabokowa"



Paul Russell, Zmyślone życie Siergieja Nabokowa;
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA;
Warszawa 2013




Dość często zaglądając na Wasze blogi zapisuję sobie tytuły książek, które koniecznie muszę przeczytać w najbliższym czasie. Tak właśnie było, kiedy na blogu Edyty z Zapisków spod poduszki znalazłam recenzję Zmyślonego życia Siergieja Nabokowa. Nawet nie jestem do końca pewna, co tak na prawdę sprawiło, że zapragnęłam tej książki niczym jakiegoś drogocennego skarbu. Czy to okładka, czy przyprawiające o drżenie nazwisko Nabokow - nie wiem. Wiem natomiast, że było warto.



Siergieja Nabokowa poznajemy jako 43-letniego mieszkańca bombardowanego przez RAF Berlina. Kiedy pewnego razu w pracy zdobywa się na stwierdzenie: Mimo wszystko Anglia jest najbardziej cywilizowanym krajem na świecie, zostaje oskarżony o rozpowszechnianie wywrotowych haseł. Zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji, rozumie, że wkrótce zostanie aresztowany - nie wie jednak jak szybko to nastąpi - postanawia więc spisać swoje wspomnienia.

Siergiej - odkąd pamięta, żył w cieniu swego genialnego brata. Urodził się, jak sądził - zbyt szybko, bo 11 miesięcy po Vladimirze. Był krótkowzrocznym, niezdarnym, leworęcznym, jąkającym się homoseksualistą, co było przyczyną niechęci ze strony rodziny i znajomych. Dzięki wielokrotnym retrospekcjom i pierwszoosobowej narracji możemy zobaczyć świat oczami niechcianego, zawiedzionego dziecka, nieszczęśliwego i odrzuconego młodzieńca i w końcu mężczyzny uwikłanego w zadymiony, duszny i lepki świat paryskich kawiarenek, zaciemnionych uliczek i miejsc w których paląc opium gromadzili się najwybitniejsi przedstawiciele bohemy artystycznej tamtych czasów.

środa, 20 sierpnia 2014

Jean Michel Sakka - "Śmierć w cieniu piramid"



Jean Michel Sakka, Śmierć w cieniu piramid;
Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita;
Warszawa 2008




(...) Tam, gdzie zmarli nie mogli się odrodzić i gdzie deszcz poczerniał od martwych skarabeuszy.


W książce Śmierć w cieniu piramid znaleźć możemy wszystko... i nic. Wydarzenia o bardzo małym stopniu prawdopodobieństwa i bohaterowie różniący się od siebie pod każdym możliwym względem - łącznie z kwestią religii i przynależności kulturowej odrobinę zniechęcają do czytania - podobnie jak bardzo prosty, wręcz toporny język. Nie obrażając nikogo - jest to książka nadająca się w sam raz na amerykański rynek - akcja, odrobina tajemnicy, szczątkowy realizm, garść historii, znane nazwiska i zakończenie wywołujące na twarzy grymas zaskoczenia i wzruszenia zarazem. Myślę jednak, że polski czytelnik od książki oczekuje czegoś więcej niż "zapchania" wolnego czasu lekką lekturą.

Na kartach tej książki stają ze sobą do walki światowej klasy egiptolodzy, genetyk i islamscy fundamentaliści. Konflikt rozpoczyna się dokonaniem odkrycia, które na zawsze zmienić ma postrzeganie człowieka i jego pochodzenia, a także zaważyć na losach całego świata. Uwikłanie w tę historię Dalajlamy, Howarda Cartera i tajemniczych egipskich rytuałów wywołuje - przynajmniej u mnie - pobłażliwy uśmiech i krótką myśl - "czego to jeszcze nie wymyślą, żeby powtórzyć sukces Dana Browna".

sobota, 9 sierpnia 2014

Roberto Bolaño - "Monsieur Pain"




Roberto Bolaño, Monsieur Pain;
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA,
Warszawa 2010



Coś wspaniałego! 

Ta książka jest genialna w swej niezrozumiałości! 

Szaleństwo, ciężkie i wilgotne powietrze Paryża, podejrzane praktyki lekarskie, powszechne niezrozumienie, rozczarowanie i przeszywająca samotność kipią dosłownie z każdej kartki!

Czytam tę króciutką książeczkę już drugi raz i ciągle jej nie rozumiem, co czyni ją dla mnie jeszcze bardziej wyjątkową i tajemniczą. Na pewno sięgnę po nią po raz kolejny, z nadzieją, że zrozumiem chociaż odrobinę więcej niż poprzednio. 


Ale o co tyle zamieszania?
No właśnie... o co?

Monsieur Pain jest książką, zagadkową - to jedyne co jest pewne. Czyta się ją szybko, pozornie wszystko rozumiejąc. Dopiero po odłożeniu jej na bok, rodzą się pytania - O czym jest ta książka? Kim są ci ludzie? Co tam się właściwie wydarzyło?

Przez cały czas mam nieodparte wrażenie, że taką książkę mógł napisać człowiek o osobowości na pół Salvadora Dalego, na pół Franza Kafki.

Wydarzenia w których bierze udział główny bohater - Pierre Pain, śledzimy jakby przez mgłę. Podobnie z resztą widzi je on sam. Pierre jest mesmerystą - uczniem Franza Antona Mesmera, twórcy koncepcji o magnetyzmie zwierzęcym i pseudonauki od jego nazwiska zwanej mesmeryzmem (polegała na przekonaniu o tym, że ludzki organizm wytwarza fluidy, odpowiedzialne za nasze emocje i uczucia).
Pewnego dnia zostaje poproszony o zajęcie się przypadkiem monsieur Vallejo, którego męczy wysoka gorączka i nieustająca czkawka. Błahostka - można pomyśleć. Niestety śladem Pierre'a podążają dwaj tajemniczy Hiszpanie, którzy za wszelką cenę starają się pokrzyżować mu plany. Ciągle śledzony i obserwowany czuje się osaczony - we własnym mieście! W Paryżu! Przez dwóch Hiszpanów!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wiesław Adamczyk - "Kiedy Bóg odwrócił wzrok"


Wiesław Adamczyk, Kiedy Bóg odwrócił wzrok;
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2010



Dość długo zabierałam się do napisania kilku słów o tej książce, chociaż przeczytałam ją jeszcze na początku maja. Trudno jest mi oceniać książki będące czyimiś wspomnieniami - zawsze wtedy czuję się jakbym oceniała ich postępowanie, zachowania, życie - tak było, kiedy pisałam o Czarnych sezonach profesora Michała Głowińskiego, tak będzie i teraz.

Historia pana Wiesława rozpoczyna się od idyllicznych opisów domu rodzinnego i atmosfery dzieciństwa. Z szacunkiem i wielką czułością wspomina autor swego ojca - oficera Wojska Polskiego, pierwsze wspólne polowanie, opowieści o bitwach i królach, wieczorne rozmowy. Z szczerą miłością wyczuwaną w każdym słowie pisze o swojej kochającej matce i dwójce starszego rodzeństwa.

Szczęśliwe dzieciństwo kończy się, kiedy do ich wiejskiej posiadłości wkraczają żołnierze Armii Czerwonej. Ojciec bierze udział w kampanii wrześniowej i wszelki słuch o nim ginie. Mama pana Wiesława przewidziała los, który czeka rodziny polskich oficerów i od dawna przygotowywała suchary, a w stare ubrania wszywała drobne kosztowności. Na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy mieli tylko kilka chwil. W tym opisie najbardziej zapada w pamięć fragment, w którym mały Wiesiu chce zabrać ze sobą ukochane książki i zapałki. Z wiadomych względów nie może wwieźć swoich książek do Związku Radzieckiego, dziwi go jednak, dlaczego nie wolno mu zabrać zapałek. Funkcjonariusz wykrzykuje, że w pięknej, ogromnej Rosji jest WSZYSTKO! Nawet zapałki są. Jak się później okazuje, nie ujrzy on tak prostych i ułatwiających życie przedmiotów jak najzwyklejsze zapałki, przez kolejne 10 lat.

To wtedy mały Wiesław i jego rodzina widzą swój dom po raz ostatni. Rozpoczyna się dziesięcioletnia tułaczka, którą autor nazwał w swych wspomnieniach odyseją dzieciństwa.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Giulio Leoni - "Klątwa mozaiki"


 
Giulio Leoni, Klątwa mozaiki;
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006




Non in trigono nec in tetragono, 
sed in pentagono secretum mundi.



~~  *  ~~


Nie w trójkącie, ani czworokącie,
ale w pięciokącie tajemnica świata.


_______________




Poznajecie twarz z okładki? 
Część przednia zaklina surowym obliczem z pośmiertnej maski Dantego, tylna krzyczy:

"Lektura obowiązkowa dla miłośników Kodu Leonarda da Vinci i Klubu Dantego."
Czy aby na pewno?

~  *  ~
Florencja, rok 1300. Dante Alighieri - poeta i filozof, biegły w astronomii, połączony z cechem lekarzy i aptekarzy, powołany zostaje na urząd priora swego rodzinnego miasta. Jest północ, 15 czerwca, mężczyzna pracuje właśnie nad ważnym dziełem o właściwościach wody. Głowę jego trawi męcząca migrena.

- Messer Durante?

Ktoś dobija się do drzwi. Na ulicach Florencji wieczorne dzwony obwieszczają nakaz udania się do domów, ludzie mają zakaz wychodzenia z nich o późnej porze. Kto więc dobija się do drzwi poety? Zdrajcy! Złodzieje! Mordercy!

sobota, 19 lipca 2014

Jarosław Klonowski - "Ognie świętego Wita"




Jarosław Klonowski, Ognie świętego Wita;
Wydawnictwo MG;
Kraków 2011



Autor książki, Jarosław Klonowski jest absolwentem Wydziału Historii na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Miedzy innymi w tym właśnie mieście rozgrywa się akcja, a obok Bydgoszczy zobaczymy tu także średniowieczną Kruszwicę, Koronowo i Okolice Gopła.

Czego oczekujemy po zapoznaniu się ze streszczeniem na okładce? Wielu tajemnic, wartkiej akcji, sekretów skrywanych przez kruszwickich zakonników, kabalistycznej symboliki obiecywanej przez autora, prawdziwej polskiej czarownicy, nadwornego alchemika, czeskiego czarnoksiężnika Bohumila, pogańskich obrzędów, przyzywania samego diabła, zagadkowych morderstw nad którymi będziemy głowić się niecałe 200 stron i oczywiście tych tajemniczych, tytułowych ogni świętego Wita. Zapowiada się fantastycznie, prawda? Czarownica, czarnoksiężnik, alchemik, do tego zamieszani w intrygi cystersi z opactwa w Koronowie i to wszystko na naszej polskiej ziemi! Niestety im dalej w las... tym mniej zagadkowo, mniej wciągająco i ogólnie na czytanie chęci mniej.
Startujemy z datą 4 marca 1488 - w Bydgoszczy toczy się sąd nad młodą wdową, Katarzyną Kucharczykową.

środa, 16 lipca 2014

Aleksander Milecki - "Francois Mauriac - życie i dzieło"




Aleksander Milecki, Francois Mauriac - życie i dzieło;
Wydawnictwo DAIMONION;
Lublin 1993



Książka Aleksandra Mileckiego - cenionego historyka literatury, przybliża nam nie tylko życie francuskiego pisarza, ale i jego bogaty dorobek literacki.


Francois Mauriac - jeden z piątki dzieci Klary i Jean-Paula, urodzony 11 października 1885 w Bordeaux. Rodzina zamieszkiwała handlowo - rzemieślniczą dzielnicę miasta (tereny, z którymi związani są także Michel Montaigne i Montesquieu). Ojciec uwielbiał poezję, pisał - jak wspominał syn - kiepskie wiersze. Po śmierci w bardzo młodym wieku (37 lat) Jean-Paul pozostawił po sobie zbiór książek, których nikt poza Francoisem nie czytał, Klara z dziećmi przeprowadziła się do domu matki. Wydarzenia dzieciństwa miały ogromny wpływ na późniejszą twórczość wspaniałego pisarza. Jako najmłodszy i szczególnie wrażliwy, chłonął wszystko co mu wpajano w sposób naiwny i bezkrytyczny - co miało wpływ na to, że jako dorosły mężczyzna bardzo boleśnie przeżywał wszelkie rozterki. Stosunki z matką - surową, chłodną, niewylewną - były bardzo trudne; chłopca wychowywano w rygorystycznych zasadach moralnych. Ważne miejsce w domu miało wychowanie religijne. Matka zaszczepiła w nim ducha jansenizmu - ruchu teologiczno - duchowego, który kładł nacisk na to, że każdy człowiek jest grzesznikiem, a łaska Boża jest konieczna do przestrzegania przykazań. Większa część wspólnego życia rodzinnego koncentrowała się na modlitwach, nabożeństwach i praktykach religijnych. Opiekunki dzieci i ich interpretacja wiary nacechowana jansenizmem sprawiała, że młody Francois nie wiedział do końca jaki czyn jest grzechem niewybaczalnym, powodującym utratę cnoty czystości. Wywoływało to u niego poczucie rozterki i smutku, jednak bał się o tym porozmawiać z matką, która gotowa była wszystko uznać za grzech. W wieku 16 lat Francois miał kryzys wiary, sprzeciwiał się bezkrytycznemu klerykalizmowi i praktykom religijnym rodziny. Nie powinnam tu jednak używać słów "kryzys wiary", lecz "kryzys religijny" - bo pisarz nigdy nie zwątpił w wiarę, ale jak sam mówił: utracił łaskę modlitwy. Po latach pisał: "Jakim byłbym człowiekiem, gdybym mając rok i osiem miesięcy stracił nie niewierzącego ojca, ale matkę katoliczkę?".

sobota, 26 kwietnia 2014

Stephen King - "Nocna zmiana"



Stephen King, Nocna zmiana;
Prószyński i S-ka,


Twórczość Kinga nie działa na moja wyobraźnię tak jak dawniej. Albo się starzeję (sic!), albo te wszystkie obrzydliwości i maszkary, które stworzyć może tylko dwóch "mistrzów horroru" - King i Mastertoon - przestały mnie odrzucać (sic! x2). Liczę na wariant pierwszy, bo drugi kwalifikuje mnie na kozetkę w gabinecie psychologa i długą pogawędkę z panami w białych kitlach.


W ostatnim depresyjnym "słowie na niedzielę" dowiedzieliście się, że chcę wierzyć. Dziś powiem, że chcę się bać. I że chcę bać się tego, czego boj się wszyscy inni.
Szczurów, wampirów, obcych, Śmierci, śmierci, tego że niczego po niej nie ma. Ekstremalny optymizm miesza mi się ciągle z ponurym pesymizmem, a boję się głównie o siebie i rzeczy tak przyziemne, że aż boli. O przyszłość i o to, że nie zdążę. Nie zdążę się nacieszyć tym pięknym i obrzydliwym wszystkim, tym urodzajem natury, sztuki, techniki, ludzkości. I o nieporadność życiową się boję, bo codziennie jestem w czarnej dupie wszechświata. Mentalnie. Znowu rozgadałam się o sobie, a dziś przecież pierwsze skrzypce miał grać Stef.

sobota, 12 kwietnia 2014

Remigiusz Mróz - "Parabellum. Horyzont zdarzeń"


Remigiusz Mróz, Parabellum. Horyzont zdarzeń;
Instytut Wydawniczy ERICA, 
Warszawa 2014


Lubię umierać ze szczęścia. 
Tak - to zdecydowanie mój ulubiony sposób zachwycania się nad książką.


Jeśli chcecie poumierać ze mną, zapraszam. 
A jeśli jeszcze nie czytaliście pierwszej części Parabellum, to - o Boże, na co czekacie?!

Lekturę poniższego tekstu powinni odpuścić sobie ci, którzy nie czytali tomu pierwszego - no chyba, że chcecie zepsuć sobie frajdę i radość z jego czytania - co kto lubi. ;D

Bardzo chciałam kupić Parabellum w księgarni stacjonarnej - chyba nie muszę tego tłumaczyć żadnemu miłośnikowi książek - stoisz przed półką, rzucasz spojrzeniami po setkach kolorowych grzbietów, wszystkie krzyczą - "kup mnie, kup!", zapach papieru, faktura okładki, szelest stron... wychodzisz w końcu z księgarni z lżejszym portfelem, cięższą torebką i oczekiwaniem na rozpoczęcie nowej, fascynującej przygody u boku bohaterów utworu.
Przez tydzień przeczesywałam półki znanych mi księgarni w poszukiwaniu Horyzontu zdarzeń, ale pamiętnego dnia, w którym to pani kasjerka w Empiku oznajmiła, że premierę tej wyczekiwanej przeze mnie perełki planują na 30 kwietnia... Ale - internecie, dziękuję że jesteś. 

Kiedy tylko odebrałam książkę, nie mogłam się od niej oderwać. Po pierwszej części zżyłam się z bohaterami, tak jak dzieci przywiązują się do ulubionych maskotek i nie rozstaja się z nimi nawet na krok. Ja też ciągnę za sobą wszędzie moje wyobrażenie kapitana Obelta, Bronka i Leitnera, a teraz także i starego Kremmera.
Do ostatnich stron miałam w głowie kilka elementów, o których koniecznie chciałam Wam tutaj wspomnieć, ale kiedy dotarłam do końcówki wszystko zniknęło. Została mi w głowie tylko ostatnia scena, która poruszy serduszkami fanek pewnego "pana idealnego". Oj poruszy!

sobota, 5 kwietnia 2014

Kazimierz Władysław Wójcicki - "Klechdy, starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi"



Kazimierz Władysław Wójcicki , Klechdy, starożytne podania i powieści ludu polskiego i Rusi,
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 1974


Każdy z nas na pewno pamięta opowiadane przez dziadków, rodziców, a później samodzielnie czytane podania ludowe, które znaliśmy pod ogólnym określeniem "legendy". Takie opowieści jak na przykład historia pana Twardowskiego, Jurata - królowa Bałtyku, Waligóra i Wyrwidąb etc.

Nie wiem jak Wy, ale ja będąc dzieckiem szczerze wierzyłam w istnienie trójki braci - Lecha, Czecha i Rusa, którzy przed wiekami założyli na naszych ziemiach swe plemiona, które to znów dały początek dzisiejszej Polsce i naszym sąsiadom. Nikt co prawda nie potrafił mnie przekonać do podania o warszawskiej Syrence, średnio ciekawiła mnie Wanda co Niemca nie chciała, ale pamiętam jak dziś - Lech, Czech i Rus byli dla mnie od zawsze praojcami Europy środkowej, a Lech był postrzegany przeze mnie jako przodek Piasta Kołodzieja, Popiela, a potem historycznego księcia Mieszka i koronowanych władców Polski. W małej, ośmioletniej główce wszystkie zasłyszane gdzieś elementy historii naszego kraju łączyły się w całość - samo imię Lech i Lechici, z których to wywodziły się plemiona tworzące później państwo polskie, a więc i Polanie, którzy łatwo łączą się z nazwą Polska. Gniazdo orła i nasz dumny orzeł na godle - przecież to "oczywiste oczywistości". Dopiero na pierwszych lekcjach historii moje wyidealizowane wyobrażenia historii Polski padły na twarz i pogrążyły się w czarnych odmętach wojen, dzielnic i obcych władców na tronie. Później te mroczne czeluście rozjaśnił kaganek oświaty w postaci nauczyciela historii w szkole średniej, a po jednym czy dwóch semestrach na mym uroczym kierunku całkowicie rozświetliły słońca genialnych wykładowców historii kultury starożytnej, historii Polski czy historii wierzeń przedchrześcijańskiej Europy. Ja obecnie staram się świecić światłem odbitym, bo zbyt dużo wokół mnie prawdziwie wielkich postaci, ażebym mogła skupić się wyłącznie na sobie. 

Całe to preludium napisałam po to, abyście przypomnieli sobie odczucia towarzyszące Wam podczas pierwszego odkrywania tajemnic historii za pośrednictwem legend, baśni i podań ludowych. 

środa, 2 kwietnia 2014

Michał Głowiński - "Czarne sezony"



Michał Głowiński, Czarne sezony,
Wydawnictwo Literackie


Czarne sezony to zbiór krótkich opowiadań, wspomnień autora - bardzo fragmentarycznych, bo przywoływanych z odległych zakamarków pamięci. Wspominane historie dotyczą przeżyć Prof. Głowińskiego z okresu dzieciństwa, kiedy to razem z rodziną rzucony został w wir wojny. Żydowskie pochodzenie zmusiło ich do ciągłej ucieczki i życia w wiecznym strachu. Nie jest to książka o typowo wojennej tematyce, bo i nie o daty, miejsca i nazwiska tutaj chodzi, ale o świat wewnętrzny człowieka, o uczucia dziecka, które znalazło się w środku piekła.

Michał Głowiński (ur. 04.11.1934) - to polski teoretyk literatury - profesor Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, członek Polskiej Akademii Umiejętności i Collegium Invisibile, autor podręczników uniwersyteckich, esejów i prozy wspomnieniowej. Warto zauważyć, że opisywana dziś przeze mnie książka powstawała w latach 1993 - 1997, a więc długo po wojnie. Spory kawał czasu dojrzewały te bolesne wspomnienia, zanim ujrzały światło dzienne.

Najwcześniejsze wspomnienie Profesora Głowińskiego dotyczące czarnych sezonów, a więc sezonu wielkiego umierania związane jest z samym pojęciem getta. Kiedy usłyszał je po raz pierwszy, wyobrażał sobie getto jako ogromny, wielopiętrowy powóz ciągnięty po ulicach. Z tego miejsca autor najlepiej pamięta barwę, a raczej jej brak. Wszystko wokół było wyszarzałe, miało odcień papieru, którym przykrywano zwłoki leżące na ulicy. Profesor Głowiński wspomina w książce o pierwszym zabójstwie które widział na własne oczy, samobójczej śmierci dziadka, ucieczce z getta, o rozdzieleniu się członków rodziny dla wspólnego bezpieczeństwa, o długiej tułaczce z jednego domu dziecka do drugiego, biedzie, chorobach, okropieństwach jakie jeden człowiek może uczynić drugiemu. 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Chinese folk art - wycinanki.





Kwiecień rozpoczęłam wiosennymi porządkami, podczas których - jak to zwykle bywa - więcej czasu poświęciłam na oglądanie znalezionych "skarbów" niż na samo sprzątanie. Tak jak wielu z Was jestem hybrydą sroki i chomika - czyli jeśli coś się "świeci" (w domyśle: O, jakie ładne. Chcę to mieć. Nie mogę wyrzucić.) to muszę to "zachomikować" (Zużyte, ale urocze karty telefoniczne. Jak to wyrzucić, oszalałeś?). Dziś na tego typu precjoza natknęłam się przeglądając stare książki i poczułam ogromną potrzebę napisania o znalezisku, a mianowicie - chińskich wycinankach. :)

Te tradycyjne chińskie wycinanki są prezentem od jednej z moich penpals. Mam nadzieję, ze i Wy zakochacie się w tych małych dziełach sztuki.







Jianzhi - chińska sztuka wycinania papieru, o której wzmianki pojawiają się w kronikach z okresu między końcem III wieku p.n.e. do początków wieku III n.e. (okres dynastii Han).

Kiedy wycinanki rozprzestrzeniły się w całym kraju, każdy region wypracował właściwe sobie wzornictwo. Początkowo  sztuka ta wiązała się z kultem i obrzędowością, dziś pozostała jedynie reliktem tradycji - w pierwszy dzień chińskiego Nowego Roku takie wycinanki wieszane są w oknach i na drzwiach, obecnie robi się z nich także piękne papierowe abażury i lampiony. Dawniej wycinanki wykonywano z czarnej bibułki, dziś służy do tego bibułka czerwona - kolor przynoszący szczęście. Jak zobaczycie niżej, występują także wycinanki wielobarwne - i to chyba one robią największe wrażenie.



Wycinanki często zawierają w sobie chińskie symbole i wiele ukrytych znaków, które to przyciągać mają szczęście, pomyślność, urodzaj, zdrowie i długowieczność.

Żałuję, że nigdy nie miałam okazji trzymać w rękach naszych słowiańskich wycinanek, czy to z Polski, Ukrainy czy Białorusi - trudno mi więc porównać je do tych chińskich. Pewna jestem natomiast, że wszystkie one dorównują sobie urodą. :) Większość polskich wycinanek wyszukanych przy pomocy internetu opiera się na symetrycznych wzorach, te chińskie mają chyba taką drobną przewagę, nie są powielaniem jakiegoś fragmentu wzoru (jak haftowana serwetka), tylko tworzą odrębne, wyjątkowe dzieło.


I jeszcze kilka chińskich wycinanek ze strony dreamstime.com








środa, 26 marca 2014

Zbigniew Zborowski - "Nowy drapieżnik"



Zbigniew Zborowski, Nowy drapieżnik;
Wydawnictwo Zysk i S-ka,


Głównym motywem książki Zbigniewa Zborowskiego jest pojawienie się tytułowego nowego drapieżnika. Dlaczego nowego? Stare drapieżniki już nam nie wystarczają? Ano, nie bardzo. Człowiek rozpanoszył się na szczycie piramidy ewolucyjnej i czuje się panem świata, jest według autora "drapieżnikiem ostatecznym" - żądnym krwi zabójcą doskonałym.

I to jest ten moment w którym pytam - czy aby na pewno? Czy przypadkiem to nie jest tak, że może nas położyć byle robal czy byle bakteria? Ale wróćmy do książki...

Mamy więc Drapieżnika...

Mamy głównego bohatera Maćka (a raczej "najgłówniejszego", bo głównych jest jeszcze co najmniej dwóch, w porywach do trzech) - schorowanego, przykutego do łóżka chłopca u kresu życia. Jedynym jego zajęciem jest przyglądanie się ptakom z okna swojego pokoju. Nikt nie jest w stanie postawić jednoznacznej diagnozy, przypisuje mu się wszelkie bardziej lub mniej znane choroby neurologiczne i zaburzenia psychiczne. Pod wpływem pewnych tragicznych wydarzeń stan chłopca znacznie się poprawia. Pewnego dnia, jego życie ulega ogromnym przeobrażeniom...

Mamy młodą - i chociaż autor usilnie chciał przekonać, że jest inaczej - głupiutką dziennikarkę Izę. Dziewczyna pochodząca z dobrze postawionej rodziny odrzuca pomoc ojca i stara się żyć na własną rękę. Z rozpaczliwie marnym skutkirm i z kiepskimi, suchymi żartami na ustach. Pewnego dnia poznaje Drapieżnika.

środa, 19 marca 2014

Jakub Mielnik - "Kronika końca świata"


Jakub Mielnik, Kronika końca świata,
Wydawnictwo Poznańskie,
Poznań 2013



Nie mam zielonego pojęcia jak zabrać się do napisania opinii o tej książce. Na początku szczerze wyznam, że w pewien sposób (ale w jaki?) te historie pana Mielnika balansujące na pograniczu eseju i reportażu wpłynęły na mój dotychczasowy sposób postrzegania świata. Zdaje sobie przecież sprawę, że niesprawiedliwość i brutalność, pogoń za pieniądzem, obłuda są obecne w naszym życiu (lub gdzieś tuż obok nas) jak azot w powietrzu, jednak do tej pory w jakimś stopniu wierzyłam w ludzi. W człowieczeństwo, zdolność do rozumnego (i rozumowego, a jakże!) rozwiązywania konfliktów i takie tam wyidealizowane bzdury. 
Nie wydaje mi się, żeby Kronika końca świata, była książką łatwą i nadającą się do przyjemnego spędzenia popołudnia  w atmosferze harmonii i pokoju.

Niewątpliwie ta książka jest w stanie wybić czytelnika z normalnego, codziennego rytmu dnia, rozsypać cegiełki układające się w jego głowie w kolorowy obrazek szczęśliwej Ziemi, zamieszkanej przez najinteligentniejsze ze znanych (sobie) gatunków stworzeń, rozbijających atomy, czy wylatujących na orbitę swojej malutkiej planety, wydzielonej z kosmosu warstwą ozonu - niczym ściankami hermetycznie zamykanego pudełka. Odsuwamy na bok wyobrażenia genialnych naukowców w CERN, specjalistów z NASA, wzruszających śpiewaków, poetów, genialnych inżynierów, kuratorów sztuki, wolontariuszy, misjonarzy, ludzi w pocie czoła pracujących dla wyższej idei ogólnego dobra. W Kronice... na pierwszy plan  wynurzają się raczej brutalni terroryści, paramilitarne bojówki, narkomani, religijni ekstremiści, tyrani, dyktatorzy. Oczywiście NIE TYLKO - ale to ich zapamiętacie po lekturze książki.

Na starcie autor pokazuje widziany przez siebie obraz Europy, który zdawać by się mogło nie zrobi wrażenia na człowieku współczesnym - tak bardzo przecież wyzwolonym, tolerancyjnym, akceptującym wszystko co podtyka mu się pod nos. Niestety, chyba jednak aż tak liberalnym przedstawicielem rasy ludzkiej nie jestem i opisy pana Mielnika wywołują u mnie skrajne emocje, potrzebę stanięcia o krok od rzeczywistości i przekonanie o postępującym wynaturzeniu społeczeństw i kultur.

sobota, 15 marca 2014

Remigiusz Mróz - "Parabellum. Prędkość ucieczki"


Remigiusz Mróz, Parabellum. Prędkość ucieczki,
Instytut Wydawniczy ERICA,
Warszawa 2013


Przepis na udany piątek? Lenistwo w promieniach słońca, dobra herbata i jeszcze lepsza książka.

Parabellum upatrzyłam sobie kiedy tylko po raz pierwszy zetknęłam się z nim w książkowej blogosferze i od tego czasu marzyłam sobie o tej książce po cichutku (czasami popiskując... - Basiu :D), aż pewnego dnia nad moja głową zaświecił promyczek szczęścia (o imieniu Ewcia) i wymarzona książka trafiła w moje ręce.


W tym miejscu chciałabym zaprosić was na stronę autora - remigiuszmroz.pl oraz do przeczytania świetnego wywiadu z panem Remigiuszem przeprowadzonego przez Awiolę- na stronie Subiektywnie o książkach.

Bardzo, bardzo długo zachwycałam się nad okładką – w wyżej wspomnianym wywiadzie autor przyznał, że nie jest zadowolony z okładki swojej debiutanckiej Wieży milczenia - w tym wypadku może być pan dumny, bo Parabellum ma okładkę niemalże idealną, wszystko jest tak jak być powinno. Gratulacje dla pani Magdaleny Zawadzkiej.

Parabellum. Prędkość ucieczki mogę już uznać – chociaż mamy dopiero marzec – za mój zdecydowany number one wśród wszystkich książek które w tym roku przeczytałam i przeczytam. Jestem niemalże pewna, że nic już nie pobije tej pozycji. W Parabellum ciągle coś się dzieje, dlatego ciężko jest przedstawić losy bohaterów, nie zdradzając tym samym zbyt wiele z fabuły. Nie chciałabym odkrywać wszystkich kart pana Remigiusza, bo zapewniam, że ma on wiele asów w rękawie – a każdy następny, jest coraz bardziej zaskakujący.

niedziela, 2 marca 2014

Zorza polarna nad Polską.


Breaking news - czyli jak z przymrużeniem oka mawiają w internecie - "łamiąca wiadomość".
Łamiąco - załamująca chciałoby się rzec, a to dlatego, że pisanie o niej dziś, jest już zwykłym odgrzewaniem kotleta. Liczę jednak na to, że jest tu ktoś, kto tak jak ja będzie zaskoczony wydarzeniami sprzed kilku dni.

Co właściwie może być całkiem prawdopodobne - jako że jesteśmy zalewani masą tragicznych, smutnych i niepokojących informacji z Ukrainy. Nie mówię, że nie są potrzebne, ale myślę, że spokojnie można je ograniczyć - chociażby nic nie wnoszące wypowiedzi nieznanych z twarzy i nazwiska polityków, które jedynie podsycają i tak już maksymalnie napiętą atmosferę w stosunkach zwykłych polskich obywateli do wydarzeń na Ukrainie. Dlatego też uważam, że media powinny przekazywać fakty, a opinię pozostawić nam - odbiorcom. Nie obchodzi mnie co na temat pomocy Ukraińcom myśli polityk opozycji którego pierwszy raz widzę na oczy, albo dlaczego nie powinno się im pomagać według pana Miecia - stryjecznego brata ciotki dalekiej kuzynki Leszka Millera. Na Boga, mieszkam na podkarpaciu i zastanawiam się kiedy zaczniemy i my budować bunkry, ale jeśli nawet ja (mocno zainteresowana) widzę przesyt informacjami o naszych sąsiadach, to chyba coś jest na rzeczy.

Monotematyczność głównych polskich mediów jest nużąca i bardzo przykro patrzy się na to, że nie próbują nawet z nią walczyć - ważne żeby informacja się sprzedała. A te tragiczne, ociekające krwią i łzami idą jak ciepłe bułeczki. Mama Madzi, Trynkiewicz, Ukraina, a - może jeszcze trochę Trynkiewicza? I Ukrainy. Koniecznie.


W telewizji nie ma już miejsca na pozytywną informację.
Gazety informacyjne  i publicystyczne trzeba dobierać z namysłem godnym naukowca CERN.
Wróćmy do radia - tam zdaje się nasz ratunek.


 ~*~    ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~  


Jako, że na swoim poletku sama wybieram to, co chcę Wam przekazać - wolnoć Tomku w swoim domku - zobaczycie teraz coś wyjątkowego (opozycyjnie do czołowych stacji telewizyjnych):


24 lutego na Słońcu miał miejsce najsilniejszy w tym roku rozbłysk, którego skutkiem dla mieszkańców naszej planety była przepiękna zorza, widziana z terenów znacznie oddalonych od koła podbiegunowego.




28 lutego 2014, ok. godz. 22:00, okolice Lidzbarka Warmińskiego:

fot. Jacek Drążkowski
fot. Jacek Drążkowski




 A tak prezentowała zię zorza z okolic Jeleniej Góry:

fot. Gabriel Wrzosowski

fot. Gabriel Wrzosowski

fot. Gabriel Wrzosowski


 ~*~    ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~   ~*~  


Piątkową zorzą zachwyceni są także Brytyjczycy - na stronie BBC News UK, możecie zobaczyć wspaniałą galerię - zapraszam.

BBC News UK

A może ktoś z Was widział "naszą" zorzę na własne oczy?

sobota, 1 marca 2014

Stomma Ludwik - Antropologia kultury wsi polskiej XIX w.


Ludwik Stomma, Antropologia kultury wsi polskiej XIX w.;
Instytut Wydawniczy Pax, 
Warszawa 1986;

Zastanawiałam się czy napisać dziś o Kingu, czy o Stommie i doszłam do wniosku, że Kinga i tak większość zna, czyta i przeczyta, a Stommę - czy ktoś z Was z ręką na sercu może powiedzieć - "Znam! Czytałam/em jego książki!"?

Ludwik Stomma jest wykładowcą uniwersyteckim, antropologiem kultury, etnologiem i publicystą. Związany był z jednymi z najlepszych polskich uczelni - miedzy innymi: Uniwersytetem Warszawskim, Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, Uniwersytetem Jagiellońskim, Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu, a także z Instytutem Stuki Polskiej Akademii Nauk i Sorboną. Obecnie mieszka w Francji.


Pisze przede wszystkim książki naukowe, historyczne, biograficzne, ale też książki dla dzieci.
W 2000 roku został uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w pracy dziennikarskiej i publicystycznej.


Antropologia kultury wsi polskiej XIX w to wspaniała publikacja, która przenosi nas w zapomniany, tajemniczy, pełen przesądów, uprzedzeń i zabobonów świat polskiej wsi z XIX wieku. 
Dziś znamy niezliczona ilość stereotypów - kilka trafnych, ale jednak w sporej większości mniej lub bardziej kłamliwych i fałszujących rzeczywistość. A jak było kiedyś? Popatrzcie:

piątek, 28 lutego 2014

Amelie Nothomb - "Higiena mordercy"





Amelie Nothomb, Higiena mordercy;
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Galeria;
Warszawa 2000 


Z okładki:

Osobliwością i szczególnym atutem tej książki jest zbudowanie jej niemal wyłącznie z dialogów, jakie toczą się między będącym u szczytu sławy, a zarazem w przededniu śmierci, pisarzem o dziwacznym imieniu - Pretextat Tach, a czwórką dziennikarzy, którzy zgłaszają się kolejno do jego sekretarza w celu przeprowadzenia wywiadu dla swojej gazety. Bliskość śmierci nadaje dodatkowego posmaku sensacji zwierzeniom "świętego monstrum" literatury, a jego osobowość potęguje chęć zaspokojenia ciekawości i determinację reporterów.



 Przyznam, że ta króciutka notka z okładki przytoczona powyżej jest faktycznie mało zachęcająca i nie budzi jakiejś dzikiej chęci sięgnięcia po lekturę - mi jednak wystarczy do tego widniejące na okładce nazwisko - Nothomb.

Takze i tym razem moja ulubiona autorka nie zawiodła i przygotowała dla nas wspaniałą mieszankę fascynującego charakteru bohatera, jego dziwactw i okropnych przyzwyczajeń, szokujących tajemnic, obrzydliwości, miłości do literatury, do czystości formy, tęsknotę za nieosiągalnym, walkę z ludźmi i światem, garść filozoficznych, literackich i socjologicznych odwołań i jak to bardzo często bywa szybkie i niesatysfakcjonujące zakończenie. Niesatysfakcjonujące, bo znów autorka zostawia nas z książką na kolanach i pytaniem "co?" rzuconym w przestrzeń.

Czy można polubić głównego bohatera? Podły, arogancki, monstrualnie gruby, przekonany o swej wyższości nad światem laureat literackiej Nagrody Nobla - Pretextat Tach. Czymże jest jego inteligencja i oczytanie naprzeciw bycia złym? 

sobota, 15 lutego 2014

Józef Wittlin - "Sól ziemi"


Józef Wittlin, Sól ziemi;
Państwowy Instytut Wydawniczy;
Warszawa 1995



Sól ziemi to książka która w 1939 roku nominowana była do Literackiej Nagrody Nobla, przełożona została na wiele języków - w Polsce jest niestety dziełem zapomnianym.


Tym co urzekło mnie w niej najbardziej to nie fabuła, czy bohaterowie, ale piękny - po prostu piękny literacko język. Dlatego dziś będzie sporo cytatów, które warto przeglądnąć. ;)

Przyzwyczajona ostatnimi czasy do utworów przesiąkniętych kolokwializmami (przerażająca większość książek napisanych po 2000 roku), wulgaryzmami (wiadomo, King...), zwyczajnym językiem jaki znamy z naszych codziennych rozmów ze znajomymi, jestem zachwycona tym co zaprezentował nam Józef Wittlin!


Sól ziemi była pisana miedzy 1925 a 1935 (i w tymże roku wydana), opowiada o wojnie widzianej oczami prostego Hucuła, analfabety, pracownika stacji Topory - Czernielica, którego los rzuca do austro-węgierskiej armii. Ale zacznę od początku...

Prolog - jeśli nie ciekawią Was książki o tematyce historycznej (Zanim sięgnęłam po Sól ziemi zupełnie nie interesowałam się wydarzeniami I wojny światowej! Wstyd! :)), przeczytajcie chociaż prolog - samo to MUSI poruszyć Waszą wrażliwość na piękno języka! 

piątek, 14 lutego 2014

Kosmiczny Teleskop Hubble'a (HST)


Dziś zupełnie nie-książkowo. :)

W związku z tym, że najbliższe noce to już jedne z ostatnich w tym roku, nadające się do podziwiania gwieździstego nieba, zapraszam Was na stronę, dzięki której możecie podziwiać znacznie więcej niż to, co dostrzegalne ludzkim okiem.
 
Chodzi mi oczywiście o hubblesite.



Na stronie możemy podziwiać cudowne zdjęcia wykonane przez Kosmiczny Teleskop Hubble'a.
Możemy również pobrać przepiękne tapety na pulpit i dowiedzieć się w jaki sposób tworzy się te kolorowe fotografie z czarno-białych zdjęć przysyłanych przez teleskop.



A tutaj kilka przykładów, które mam nadzieje zachęcą Was do poszperania w galerii hubblesite:









Nie będę Was zasypywać dziwnymi datami i wielkościami wprost z wikipedii, bo nie o to chodzi. Chodzi o inspirację. Najważniejszy fakt:

HST został wzniesiony na orbitę okołoziemską 24 kwietnia 1990 r. przez prom kosmiczny Discovery. Pewne jest, że teleskop będzie pracował do 2014 roku, a jeśli będziemy mieć szczęście - nawet do 2020.

Jeśli teleskop z 1990 działa takie cuda, co będzie robił jego następca? :) 
Nie mogę się doczekać dalszych efektów współpracy NASA z Europejską Agencją Kosmiczną.

Na następcę Teleskopu Hubble'a typowany jest ATLAST (Advanced Technology Large-Aperture Space Telescope - chociaż nie jest to jego ostateczna nazwa - mam nadzieję. To "imię" można traktować też jako angielskie at last - nareszcie, bo czas na wytypowanie następcy HST ciągnie się i ciągnie. Mam nadzieję, że otrzyma co najmniej tak urocze imię jak nasze mini laboratorium badawcze na Marsie - łazik Curiosity.).

Translate

Etykiety

#film (1) astronomia (4) hotchpotch (1) książki (61) recenzja (73) Serial (3) sztuka (2) zdjęcia (1)